Co by było gdyby nie doszło do rozbicia dzielnicowego?

0
698
fot.:FelixMittermeier/pixabay.com

Powody stojące za rozbiciem dzielnicowym w Polsce były tak mocno zakorzenione w ówczesnej kulturze politycznej i społecznej, że jeśli nie po śmierci Bolesława Krzywoustego, to najpewniej po zgonie Władysława (zwanego ostatecznie Wygnańcem) kraj i tak zacząłby ulegać rozpadowi na części. Wszak jeszcze w XI wieku niemal każda śmierć władcy oznaczała walki i próby uniezależnienia się młodszego rodzeństwa nowego monarchy. Zastanówmy się jednak jak – jeśli w ogóle – można było uniknąć takiego scenariusza oraz czy kraj zjednoczony w wieku XII, XIII i XIV odegrałby inną rolę dziejową w historii Europy Środkowej?

Zacznijmy od kluczowych faktów. Rozdrobnienie feudalne, zwane u nas rozbiciem dzielnicowym (pojęcia odnoszą się do nieco odmiennych, ale bardzo zbliżonych sytuacji, więc w tekście występują na zasadzie synonimów), nie było zjawiskiem nietypowym. Przeciwnie. To, co przydarzyło się Polsce po śmierci Bolesława III Krzywoustego, dotknęło także innych państw. Na drobniejsze władztwa podzieliły się (w różnych wiekach) chociażby Hiszpania, Włochy, Francja, Niemcy czy Ruś. Warto jednak pamiętać, że w każdym z krajów sytuacja wyglądała odmiennie – np. we Francji i Niemczech mimo rozdrobnienia i decentralizacji cały czas funkcjonował centralny ośrodek władzy (król, cesarz), zaś w Polsce i na Rusi walki o zajęcie stołecznego grodu (Krakowa, Kijowa) stały się najistotniejszą osią sporu. Należy także odnotować, że rozbicia nie doświadczyli wszyscy – ów problem nie objął np. Węgier, choć i tam dostrzec można tendencje odśrodkowe.

Czy w takiej sytuacji Polska miała szansę uniknąć losu wielu państw Europy? Teoretycznie tak – wskazuje na to przykład Węgier. Wielu mediewistów przekonuje jednak, że w kulturze politycznej narodów słowiańskich wszyscy synowie księcia musieli uzyskać w spadku jakąś część własności ojca (a państwo w monarchii patrymonialnej było przecież własnością monarchy). Hipotetycznie przed podziałem kraju mogłaby zabezpieczać koronacja królewska, jednak owo założenie nie odnajduje pełnego odzwierciedlenia w przeszłości. Bowiem co prawda po śmierci króla Bolesława I Chrobrego całą władzę przejął jego syn i kolejny koronowany władca Mieszko II, ale wkrótce o swoich prawach (a może raczej „prawach”) przypomniał sobie inny potomek pierwszego króla – Bezprym. Mimo chwilowych sukcesów uzurpatora korzystającego z poparcia sąsiadów ostatecznie jednak Mieszko II powrócił do kraju, a nawet go zjednoczył (czyli pozbawił prowincji innych krewnych sprawujących władzę z nadania cesarskiego). Ceną była jednak królewska korona. W oparciu o tę historię – poprzedzającą o około 100 lat wydarzenia następujące po zgonie Bolesława III Krzywoustego – można wysnuć jednak założenie, że o ile koronacja nie zapewniała 100 procentowej gwarancji jedności kraju po śmierci poprzedniego władcy, a problemy wynikające z żądnej władzy ludzkiej natury stanowiły immanentną cechę zawsze i wszędzie, o tyle królewski tytuł mógł pełnić rolę dodatkowego argumentu przemawiającego za daną osobą.

W naszych alternatywnych rozważaniach odrzućmy natomiast wizję rezygnacji Krzywoustego z podziału kraju. Wszak ów władca sam wiele sił i zdrowia stracił na konflikcie z bratem – Zbigniewem (starszym, ale nieślubnym synem Władysława Hermana), a za oślepienie krewnego przyszło mu zapłacić sporą cenę polityczną. Wobec takich doświadczeń nie może dziwić próba ustawowego ułożenia relacji między swoimi synami (z dwóch matek) po własnym zgonie. Przyjmijmy jednak inną, bardziej rozsądną i prawdopodobną wersję wydarzeń alternatywnych: po śmierci Bolesława III kraj zostaje podzielony między jego potomków, a władzę zwierzchnią sprawuje senior Władysław Wygnaniec, który – inaczej niż w rzeczywistości – zwycięża w sporze z braćmi. Mogłoby to dokonać się np. podczas dość tajemniczej bitwy nad brzegami Pilicy.

Ów sukces nie był zresztą całkowicie wykluczony. Przeciwnie – to porażka Władysława II Wygnańca stanowi pewne zaskoczenie. Najstarszy z książąt miał bowiem pod swoją władzą nie tylko dzielnicę senioralną (z Krakowem, Polską centralną oraz możliwie Pomorzem Gdańskim), ale także Śląsk. Dodatkowo uzyskał wsparcie Rusinów, a z racji koligacji rodzinnych (żona: Agnieszka z potężnego austriackiego rodu Babenbergów) mógłby – w scenariuszu alternatywnym – liczyć także na pomoc rycerstwa niemieckiego.

Załóżmy więc – co nie jest oderwane od realiów – że Władysław zwycięża i zamiast Wygnańcem staje się… Krzyżowcem, orędownikiem wypraw krzyżowych do Ziemi Świętej oraz uczestnikiem i dowódcą wypraw przeciwko pogańskim ludom żyjącym na południowym wybrzeżu Bałtyku. Wybór takiego kierunku działań politycznych miał w owym czasie liczne zalety oraz – patrząc na wydarzenia rzeczywiste – nie był wykluczony. Wszak walczyć z muzułmanami w Palestynie wyruszył młodszy brat seniora – Henryk Sandomierski – który następnie wojował i zginął w starciu z pogańskimi Prusami. Gdyby więc Władysław II zwyciężył pozostałych synów Bolesława III Krzywoustego, to oczywiście pozbawiłby ich dzielnic i zjednoczył kraj pod swoim berłem, ale jednocześnie – mając na względzie problemy ojca po skrzywdzeniu Zbigniewa – nie musiałby ich oślepiać czy mordować. Przeciwnie. Mógłby zaproponować im pokutę za bunt przeciwko seniorowi, a zarazem wskazać honorową drogę własnej kariery i walki o wpływy. Idealnym kierunkiem była Palestyna oraz właśnie Prusy.

Najpewniej w takiej sytuacji Władysław II odesłałby starszych i politycznie groźniejszych braci do Ziemi Świętej, a młodszych do stanu kapłańskiego, zaś sam – przy dźwięku braw ze strony papiestwa i cesarstwa – stanąłby na czele polskiej armii ruszającej przeciwko pogańskim Prusom. Pamiętajmy bowiem, że w owym czasie Rzym gorąco orędował za udziałem chrześcijańskich rycerzy w walkach we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego, zaś niemieccy królowie (niekiedy koronowani także na cesarzy) kilkukrotnie osobiście w nich uczestniczyli. Jednocześnie już wiek XII obfitował w tzw. krucjaty północne – skierowane w tym oraz kolejnym stuleciu przeciwko ostatnim ludom pogańskim w Europie: Słowianom połabskim, Bałtom i Finom. A trzeba pamiętać, że pierwsza tego typu wyprawa stanowiła odpowiedź na wezwanie papieża Eugeniusza III zawarte w bulli Divina dispensatione z 1147 roku, a więc przedstawionej światu w zaledwie kilka miesięcy po hipotetycznym (rozważanym tu scenariuszu alternatywnym) zwycięstwie Władysława II nad braćmi.

Wyprawa krzyżowa do Prus miałaby tymczasem wiele zalet. Chrześcijańscy rycerze z Polski ruszyliby na nią chętnie motywowani tymi samymi względami, jakie kierowały wojownikami zmierzającymi do Ziemi Świętej. Jej organizacja byłaby zaś… tańsza. Z kolei pokonanie Prus, które dla zjednoczonej i wspieranej przez Zachód Polski nie stanowiłoby zadania niewykonalnego, oznaczałoby odsunięcie od naszych granic poważnego zagrożenia, ale też przyłączenie nowej prowincji i jeszcze mocniejsze oparcie państwa o Bałtyk. Dodatkowo żaden przedstawiciel polskiej elity politycznej nie wpadłby – bo niby po co – na pomysł sprowadzenia w te strony niemieckiego zakonu rycerskiego: Krzyżaków. Tym samym uniknęlibyśmy poważnych problemów w kolejnych stuleciach, a korzyści z takiego biegu wydarzeń można by wymieniać godzinami. Wszak obecność Krzyżaków oznaczała nie tylko przybycie rycerzy, ale także niemieckie osadnictwo i germanizację południowego wybrzeża Bałtyku, co w przyszłości zaowocowało powstaniem państwa pruskiego – inicjatora rozbiorów. Dodatkowo nie można zapominać o roli Niemców bałtyckich w… modernizacji państwa rosyjskiego od początków XVIII wieku. Wszak za rozbiorami stali niemieccy władcy Prus, Austrii i… Rosji (Katarzyna II naprawdę nazywała się Sophie Friederike Auguste von Anhalt-Zerbst).

Wracając jednak do wieku XII należy założyć, że zwycięski w Prusach Władysław II uczestniczyłby także w wyprawach skierowanych przeciwko Słowianom Połabskim. Tam jednak trudniej byłoby o pełen sukces, a dodatkowo książę najpewniej natrafiłby na konkurentów do podziału zdobyczy: Niemców i Duńczyków. Ale nawet jeśli jego zdobycze na północnym zachodzie byłyby skromne, to i tak mówilibyśmy o terytorialnym rozwoju państwa. Dodatkowo monarcha miałby wszelkie argumenty – z otoczeniem włącznie – za utrzymaniem podległości, a w przyszłości być może nawet aneksją Pomorza Zachodniego sięgającego wtedy w głąb dzisiejszych Niemiec. Byłoby to więc pełne zaprzeczenie procesów dokonujących się w erze rozbicia dzielnicowego, a skutkujących wieloletnim, a nawet wielowiekowym odpadnięciem od Polski Śląska, Pomorza Zachodniego i Pomorza Gdańskiego. Dość powiedzieć, że owe straty odrobiliśmy (decyzją Stalina) dopiero w roku 1945!

Władca tak silnego państwa mógłby rozpocząć w końcu starania o przywdzianie na głowę korony, jaką niegdyś dzierżył brat jego dziadka – Bolesław II Szczodry. Z pewnością papiestwo nie miałoby nic przeciwko takim ambicjom polskiego monarchy zasłużonego w walce o umacnianie chrześcijaństwa w Europie. Co innego Niemcy – i mimo poważnej siły zjednoczonego Księstwa Polskiego z opinią sąsiada należałoby się liczyć. Jednak i w przeszłości, mimo sceptycyzmu części tamtejszych elit politycznych, koronacje w naszym kraju się odbywały. Niewykluczone, że i tym razem Władysławowi pomogłyby koligacje rodzinne z cesarskim dworem, które możliwie musiałby jeszcze zacieśnić poprzez wydanie w Niemczech któregoś ze swoich dzieci lub wnucząt. Nie da się jednak także wykluczyć konieczności walki, szczególnie, że stosunki cesarstwa z papiestwem popierającym – w naszym scenariuszu – koronację Władysława nadal nie należały do najlepszych. W takim sporze Niemcy mogliby też grać kartą odsuniętych od polskiego tronu braci księcia, którzy w tym czasie wróciliby cało z krucjatowej przygody. Jako kompromisowe rozwiązanie problemu jawi się natomiast wspólna polsko-niemiecka akcja zbrojna przeciwko Słowianom połabskim, doszczętne rozbicie pogańskich plemion, podbicie ich ziem i utworzenie na tych terenach chrześcijańskich księstw zarządzanych przez młodszych braci Władysława podległych – na zasadach lennych – cesarzowi. Warto bowiem odnotować, że o ile obodrycki książę Niklot walczył (do pewnego momentu z sukcesami) z krucjatami połabskimi, o tyle po jego porażce saski książę Henryk Lew nadał owe ziemie w lenno synowi Niklota – Przybysławowi, którego potomkowie władali Meklemburgią aż do roku 1918, oczywiście szybko się germanizując. Wydaje się jednak, że z perspektywy połowy XII wieku lepszym i bezpieczniejszym dla Niemców rozwiązaniem byłoby uczynienie lennikami na Połabiu innych Słowian – od pokoleń schrystianizowanych Piastów.

W ten sposób Władysław II Krzyżowiec zapewniłby sobie akceptację dla koronacji nie tylko ze strony papiestwa, ale też cesarstwa, przy okazji rozwiązując problem pretensji braci zajętych od tej pory budowaniem własnych dynastii na Połabiu. Ów model polegający na nadawaniu w lenno pewnych ziem – tyle, że znajdujących się poza Polską właściwą – młodszym braciom (a więc system zbliżony do wizji Krzywoustego, ale w zmodyfikowanej wersji) mógłby także umożliwić przetrwanie w całości Królestwa po śmierci Władysława II i objęciu władzy centralnej przez jego najstarszego syna – Bolesława Wysokiego. I tak na przykład młodsi z braci – Mieszko Plątonogi i Konrad Laskonogi – otrzymaliby w lenno fragmenty zdobytych niedawno dla Polski Prus. Kluczem do stabilności systemu byłaby jednak proporcja (przekazywanie w zarząd jedynie niewielkich prowincji) oraz dystans (nadawanie ziem z dala od Polski, a szczególnie od Krakowa). Dodatkowo bracia-lennicy musieliby być ściśle kontrolowani przez przedstawicieli króla – aby żaden bunt czy spiskowanie z sąsiadami nie przyszły im do głowy. Sąsiedzi – a szczególnie Niemcy i Rusini oraz w mniejszym stopniu Czesi – mieli jednak wówczas własne problemy z zachowaniem spójności państwa i zamiast myśleć o spiskowaniu przeciwko Polsce raczej sami widzieliby w Krakowie możnego protektora. W ten sposób centralny ośrodek polityczny Piastów mógłby stać się rozgrywającym w polityce ruskiej (np. chroniąc Słowian wschodnich przed najazdem mongolskim z połowy XIII wieku) oraz niemieckiej, a – jak uczy przykład Czechów, którzy stosunkowo szybko wyszli z ery rozbicia – wkrótce w grę zaczęłoby wchodzić także sięgnięcie królów Polski po… cesarską koronę!

Jednak nawet jeśli ów zaszczyt nie stałby się udziałem Piastów, to i tak silne oraz zjednoczone państwo z dostępem do Bałtyku od okolic Rugii po Półwysep Sambijski mogłoby w kolejnych wiekach szybciej zacząć bogacić się na sprzedawaniu zboża z Europie Zachodniej, a nawet – z racji o wiele bardziej „morskiego charakteru” – uczestniczyć w odkrywaniu Nowego Świata w wieku XV i XVI. W rzeczywistości dostęp do Bałtyku odzyskaliśmy dopiero w roku 1466 – za panowania dynastii Jagiellonów.

Nie ulega wątpliwości, że uniknięcie rozbicia państwa Piastów na dzielnice miałoby pozytywny wpływ na jego rozwój – choć należy pamiętać, że i tak w owej epoce kraj rozwijał się zadziwiająco dobrze, zakładano i lokowano na nowym prawie wiele miast i klasztorów pełniących także funkcje cywilizacyjne, do użytku wchodziły nowe techniki rolne, całe społeczeństwo stawało się coraz bardziej majętne. Jedność dawałaby jednak dodatkowe korzyści polityczne oraz niewykluczone, że zwielokrotniałaby rozwój gospodarczy i kulturowy.

Należy natomiast odnotować, że przedstawione wyżej rozważania dotyczące alternatywnej historii Polski dostarczałyby na przestrzeni lat wielu okazji do niepowodzenia ich realizacji. Wszak Władysław II Wygnaniec musiałby zacząć od zwycięstwa nad braćmi i choć niewątpliwie istniała na to szansa, to owego celu nie osiągnął – a przecież chciał. I dalej: plan krucjatowy na północnym wschodzie i północnym zachodzie musiałby się powieść, a władca nie mógłby zginąć. Dodatkowo potencjalna koronacja powinna zostać zaakceptowana przez Niemców, a w sytuacji ewentualnych zastrzeżeń książę musiałby przekonać ich drogami dyplomatycznymi lub siłą zbrojną. Plan polskiej pomocy w umacnianiu cesarskich wpływów na Połabiu był ponadto możliwy, choć wcale nie jest wykluczone, że Niemcy woleliby jednak zostawić tam mniej zaufanych, ale za to lokalnych książąt pochodzących z plemienia Obodrzyców. I na końcu Władysław II, a potem jego najstarszy syn i wnuk oraz prawnuk, musieliby powstrzymać potężne siły odśrodkowe, które występowały przecież w całej Europie i doprowadziły do podziału na dzielnice także inne, silniejsze i starsze organizmy. Słowem: owa historia alternatywna, choć ściśle nawiązuje do realiów epoki i nie zakłada abstrakcyjnych rozwiązań, a przeciwnie – opiera się wyłącznie na scenariuszach możliwych i prawdopodobnych lub nawet stosowanych, ma jednak w sobie zbyt wiele zmiennych oraz działań trudnych do skutecznego wcielenia w życie, by z całą pewnością zawyrokować, że szanse na taki przebieg polskiej historii były wysokie.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj