Co by było gdyby piłsudczycy przegrali w maju 1926 roku?

0
691
Most Poniatowskiego - miejsce słynnej rozmowy Józefa Piłsudskiego z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim (Warszawa, maj 1926)

Przewrót majowy piłsudczyków się udał, ponieważ rządzący nie zdecydowali się kontynuować walk – taką diagnozę należy postawić rozważając sukces zwolenników Marszałka w maju 1926 roku. Jednakże wcale nie musiało tak być.

14 maja w godzinach popołudniowych powzięto decyzję o wycofaniu sił rządowych na czele z prezydentem i członkami gabinetu wzdłuż linii Wisły do Wilanowa. Zaraz po przybyciu zorganizowano naradę, w której udział wzięła głowa państwa, ministrowie, a także generałowie: Tadeusz Rozwadowski i Stanisław Haller. Wojskowi nie chcieli rezygnować z dalszych walk oraz zaproponowali jak najszybsze przedostanie się Wojciechowskiego wraz z rządem do Poznania. Poparli ich generał Kędzierski oraz pułkownicy: Anders i Paszkiewicz. Krok ten wydaje się słuszny, bowiem zachowanie ciągłości i legitymacji władzy przy wydłużającym się konflikcie działałaby na korzyść rządzących, a informacja stanowiłaby sygnał dla społeczeństwa (nie do końca zorientowanego w zaistniałej sytuacji), że legalny rząd nie skapitulował.

Ministrowie nie podzielali jednak tego zdania, a największe zastrzeżenia do kontynuowania walk zgłosił Wincenty Witos. Po wysłuchaniu sprzecznych opinii prezydent Wojciechowski podjął decyzję o rezygnacji z funkcji głowy państwa, co oznaczało jednocześnie kapitulację w walce z zamachowcami.

To właśnie ten moment posłuży za punkt wyjścia w alternatywnej historii majowych wydarzeń. Nie oznacza to jednak, że przewrót nie mógł zostać zażegnany znacznie wcześniej. Z wojskowego punktu widzenia popełniono kilka istotnych błędów. Jednym z nich, jeśli nie najważniejszym, było zatrzymanie ofensywy sił rządowych na ulicy Pięknej, 13 maja, co uniemożliwiło zajęcie Alei Jerozolimskich. Niewątpliwie generał Rozwadowski nie chciał odsłonić lewego skrzydła i doprowadzić do rozerwania przez przeciwnika własnych grup uderzeniowych, nie mniej pozbawiło go to możliwości zajęcia gmachu Ministerstwa i Dyrekcji Kolei, a zatem zdobycia szalenie istotnych węzłów logistycznych. To właśnie łączność odegrała kluczową rolę w tym krótkim konflikcie, a jej brak po stronie legalnych sił sprzyjał piłsudczykom i ich oddziałom.

Pomimo tego przyjmijmy jednak, że to wynik narady w Wilanowie, a nie wojskowe decyzje, okazały się odmienne. Prezydent, a także towarzyszący mu ministrowie i wojskowi, po opuszczeniu Belwederu, który znajdował się w centrum wydarzeń, w spokoju i bez akompaniamentu wystrzałów rozeznali się w sytuacji. A ta wcale nie rysowała się w czarnych barwach.

Na odsiecz sił rządowych do Warszawy wciąż podążały pułki z Wielkopolski, która wyraziła poparcie dla władz. Podobnie uczyniło Pomorze. Ponadto załogi zlokalizowane w obrębie Krakowa i Katowice postanowiły dotrzymać żołnierskiej przysięgi wierności i opowiedziały się po stornie prezydenta. Załóżmy więc, że wobec tego Stanisław Wojciechowski podejmuje decyzję o kontynuowaniu walk i w tym celu wraz z rządem udaje się do Poznania.

Warszawę opanowują zamachowcy, ale zostają z niczym. Rządzący zadbali nawet o to, aby sztandar państwa, przy zachowaniu należytych honorów, również przenieść do Wilanowa. Jeszcze 13 maja wydano odezwę, w której nazywano zbrojne wystąpienie Piłsudskiego rokoszem, a cel, jaki mu przyświecał, próbą sięgnięcia po dyktatorską władzę. I właśnie tak byłego naczelnika państwa oraz wierne mu oddziały zaczyna postrzegać coraz większa część społeczeństwa. „Piłsudski to buntownik, który wykorzystując swe koneksje w armii chce zdobyć nieograniczoną i niepodzielną władzę. To przecież on jest odpowiedzialny za bratobójczą walkę na ulicach stolicy, która pochłonęła 379 ofiar oraz raniła 920 osób”- niewykluczone, że właśnie tak brzmiałyby nagłówki większości gazet w Polsce.

Rząd i prezydenta ulokowano w bezpiecznym Poznaniu, a siły rządowe pod dowództwem generała Rozwadowskiego przystępują do kontrnatarcia. Sytuacja w wojsku wykrystalizowała się – niemal wszystkie pułki przystąpiły do konfliktu, zatem Marszałek i jego zwolennicy nie mogą liczyć już na element zaskoczenia, który sprzyjał im podczas walk w Warszawie, gdy gro jednostek przechodziła na stronę zamachowców, co bardzo utrudniało rządowym oddziałom rozeznanie się w sytuacji, w tym poznanie sił pozostających w dyspozycji.

Gdyby wynik starcia uzależnić wyłącznie od zdolności i talentu głównodowodzących stronami konfliktu, co na poczet artykułu uczynimy, nie może być on inny, jak zwycięstwo wojsk rządowych – generał Rozwadowski to jeden z najzdolniejszych i najlepszych polski oficerów dwudziestolecia międzywojennego. Architekt wiktorii warszawskiej z sierpnia 1920 roku wyszedłby z tej potyczki zwycięsko, co już nie raz udowadniał w swojej wojskowej karierze, np. podczas I wojny światowej w bitwie pod Gorlicami, gdzie jako komendant 12 austriackiej Brygady Artylerii rozbił silną rosyjską obronę umożliwiając skuteczne natarcie piechoty.

Jaki los spotkał zatem przegranych? Zaczynając od Piłsudskiego należy stwierdzić, iż nie potraktowano by go w taki sposób, w jaki wspomnianego generała Rozwadowskiego. Wracając na moment do realnej historii należy przybliżyć dramatyczne losy tego wielkiego Polaka. W akcie zemsty – bo nie można tego inaczej nazwać – generałów Rozwadowskiego, Zagórskiego, Malczewskiego oraz Jaźwińskiego aresztowano i uwięziono w carskim więzieniu na Antokolu w Wilnie (w tym samym, w którym rosyjskie władze jeszcze nie tak dawno więziły polskich działaczy niepodległościowych). Złamano tym samym rozkaz Piłsudskiego, który gwarantował m. in. nie wyciąganie konsekwencji względem pokonanych. Generał przebywał w bardzo ciężkich warunkach – cela nie była opalana – i uwolniono go niemalże po roku. Pobyt w więzieniu znacząco przyczynił się do jego przedwczesnej śmierci
w 1928 roku.

Najprawdopodobniej jednak taki los nie spotkałby Piłsudskiego – gdyby przegrał. Zapewne skończyłoby się na kilkumiesięcznym internowaniu w Sulejówku, pozbawieniu stopni wojskowych i… spokojnej starości, a potomni zapamiętaliby go jak budowniczego niepodległości, który kilka lat później chciał zachwiać stabilnością państwa. Inaczej mogłoby być z ludzi z najbliższego otoczenia Komendanta. Józef Beck o tece ministra spraw zagranicznych mógłby jedynie pomarzyć, Edward Śmigły-Rydz zapewne oddałby się swojej niespełnionej pasji – malarstwu, Ignacy Mościcki nawet nie pomyślałby o zostaniu politykiem i z pewnością poświęciłby się nauce, natomiast wyższym stopniem wojskowym bezpośrednio zaangażowanym w konflikt po stronie Piłsudskiego wytoczono by procesy za złamanie przysięgi i wydalono z wojska, a możliwe, że z surowymi wyrokami spędziliby długie lata w więzieniu (o ile zdecydowano by się nie korzystać z kary śmierci). Byli legioniści z kolei zorganizowaliby się w prężnie działające struktury, zapewne zacznie radykalizując się, lecz zostaliby na uboczu wielkich wydarzeń politycznych.

W pierwszych wyborach parlamentarnych po buncie majowym, które zgodnie z konstytucją odbyłyby się w 1928 roku, zdecydowanie wygrałby Związek Ludowo-Narodowy. Wszystko to stanowiłoby pokłosie wydarzeń sprzed dwóch lat, które m.in. dzięki sprawnie działającej prasie najbardziej wzmocniły endecję.

Po przejęciu władzy przez sanację w Polsce stopniowo wprowadzano rządy autorytarne. A jak rzecz miałaby się w przypadku, gdy najsilniejszą siłą polityczną pozostała wspomniana endecja? Za punkt odniesienia należy przyjąć krytykę formy rządów, jaką przyjęto w ustawie zasadniczej z marca 1921 roku. Głosem narodowców był profesor prawa Edward Dubanowicz, który de facto piastował urząd przewodniczącego Komisji Konstytucyjnej i znacząco przyczynił się do znanej do dziś treści tego najważniejsze aktu prawnego. Nie mniej kilka lat jej obowiązywania ukazało słabości polskiego parlamentaryzmu pierwszych lat niepodległości, co zresztą słusznie podnosił obóz piłsudczykowski. Dostrzegał to jednak także Dubanowicz i cała endecja.

Co zatem zrobiłyby nowe władze? Niewątpliwie dokonaliby jej rewizji. I tak jeszcze przed przewrotem majowym na początku 1926 rozpoczęto ogólną dyskusję w Sejmie celem reformy konstytucji. Projekt zgłoszony przez Związek Ludowo-Narodowy był kompleksową propozycją, w której podnoszono m.in. wzmocnienie władzy Senatu, który chciano uposażyć w inicjatywę ustawodawczą oraz zwiększyć liczbę senatorów do połowy liczby posłów, zatem do 222. Co ciekawe, udział Sejmu i Sejm w procesie legislacyjnym miał zostać zrównany.

Również kompetencje głowy państwa miały zostać rozszerzone i to o wiele bardziej, niż zakładała to nowela sierpniowa. Prezydentowi miano przyznać np. prawo do rozwiązania obu izb, a czynić to miał „wedle swego uznania” na wniosek rządu oraz nowo utworzonej Rady Stanu. Kompetencji tej instytucji omawiany projekt jednak nie regulował. Prezydent mógł ponadto odroczyć sesje izb bez zgody parlamentu aż do 60 dni (zgodnie z konstytucją marcową dopuszczalny był termin 30 dniowy). Dodatkowo prezydent miał zostać uprawiony do złożenia weta ustawodawczego zawieszającego ogłoszenie ustawy na 90 dni. Następnie mógł ustawę podpisać albo rozwiązać parlament i zarządzić wybory, a w przypadku podtrzymania przez nowe izby stanowiska w sprawie ustawy był zobligowany do jej podpisania. Głowie państwa przyznano ponadto prawo wydawania dekretów – o wiele większe, niż czyniła to nowela sierpniowa.

Ostatnimi bardzo ważnymi zmianami była reforma ordynacji wyborczej oraz procedury zgłaszania wotum nieufności dla rządu. Od tej pory zapis o proporcjonalności i bezpośredniości zasad wyborczych miał zniknąć z przepisów konstytucyjnych na rzecz regulacji ustawowej, która uwzględniać miała zróżnicowanie narodowościowe w państwie. Proponowano ponadto podniesienie cenzusu wiekowego dotyczącego prawa wyborczego (zarówno czynnego, jak i biernego). Natomiast wspominania procedura dotyczącą wotum nieufności od tej pory miała być przeprowadzona na osobnym posiedzeniu Sejmu, który obradować miał nie wcześniej, jak po upływie ośmiu dni od zgłoszenia wniosku w tej sprawie. Dodatkowo wniosek dla swej ważności musiał być przyjęty bezwzględną większością głosów wszystkich posłów.

Najprawdopodobniej w takim duchu władze dominujące w parlamencie po 1928 roku ukształtowałyby formę rządów w Polsce. O noweli sierpniowej, która w rzeczywistości tylko doraźnie rozwiązywała problemy niedoskonałości przepisów ustawy zasadniczej z marca 1921 roku, w ogóle byśmy nie usłyszeli. Podobnie jak o konstytucji kwietniowej.

Nie sposób zakończyć alternatywnych rozważań na temat wydarzeń z maja 1926 roku nie nakreślając wizji polityki zagranicznej, jaką prezentowałaby endecja. Odwołań szukać należy w pracach i poglądach najwybitniejszych pisarzy endeckich, na czele z Janem Ludwikiem Popławskim, Joachimem Bartoszewiczem, Stanisławem Kozickim. Wszyscy oni upatrywali największe zagrożenia dla bytu niepodległego państwa polskiego w naszym zachodnim sąsiedzie. Historia II Rzeczypospolitej w połączeniu z poglądami wspomnianych narodowych myślicieli pozwala – choć jest to temat na zupełnie oddzielną pracę -przypuszczać, że mogła potoczyć się ona zgoła odmiennie. I tak Popławski jeszcze na przełomie wieku XIX i XX akcentował odwieczną wrogość pomiędzy Polską a Niemcami. Wiele lat później, już w wolnej Ojczyźnie, narodowcy sondowali od piętnastu do dwudziestu lat względnego spokoju, który minie na skutek intensywnych niemieckich zbrojeń możliwych dzięki wzrostowi gospodarczemu. Niestety szalenie celne okazały się te przewidywania.

Na łamach „Przeglądu Wszechpolskiego” na rok przed przewrotem majowym Stanisław Kozicki pisał, że Niemcy zaatakują Francję nad Wisłą oraz że Polska jest kluczem do pokoju europejskiego, a jeśli potęgi europejskie pozwolą Niemcom na realizację ich antypolskiej polityki, to Europa stanie w płomieniach. Przewidywania te nie oznaczają jednak, że wśród nowych endeckich władz panowałaby germanofobia. Raczej realizm i dążenie do jak największego wzmocnienia pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Realne były bowiem oceny podpisanej przez sanacyjne władze polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy. Narodowcy przyjęli go ze spokojem, jednak słusznie podnosili, iż wymierne korzyści ów pakt przynosi jedynie stronie niemieckiej, której interes narodowy w postaci ponownego włączenia utraconych ziem oraz rewizji traktatu wersalskiego się nie zmienił. Nie może on również uśpić czujności polskich władz, które cały czas powinny liczyć się z niemieckim zagrożeniem.

Na zakończenie należy dodać, iż tak racjonalnie prowadzona polityka względem  zachodniego sąsiada pozwoliłaby przypuszczać, że historia Europy lat trzydziestych minionego wieku potoczyłaby się zupełnie inaczej. Być może wojna prewencyjna – na którą ostatecznie Piłsudski się nie zdecydował – wybuchłaby, gdyby władze w kraju sprawowała endecja, a dramat II wojny światowej w znanych rozmiarach nigdy by nas nie dotknął.

Michał Wolny

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj