Czy matura z historii powinna być obowiązkowa? A może historię należy w ogóle usunąć ze szkół?

0
247
Zdjęcie ilustracyjne. Fot.:Ivan Aleksic/unsplash.com

Temat historii jako obowiązkowego przedmiotu na maturze pojawia się niekiedy w polskiej debacie publicznej, jednak w zasadzie jest kwestią drugo albo nawet trzeciorzędną w trakcie debat na temat polskiej edukacji. Jednak dziś, w dniu pisania przez maturzystów egzaminu z historii, rozważmy kwestię obowiązkowości historii na tzw. egzaminie dojrzałości oraz cały polski system edukacji historycznej. Czy w obecnej formie ma w ogóle sens? A może z pożytkiem dla wszystkich byłoby wyrzucenie historii ze szkół?

Zacznijmy od suchych faktów. Z nimi wszak żaden dżentelmen nie dyskutuje. A ich analiza jednoznacznie wskazuje, że historia nie jest popularnym przedmiotem maturalnym. W roku ubiegłym (a to najświeższe dane, jakimi dziś dysponujemy) zdawało ją zaledwie 6,8 proc. maturzystów. Był to oczywiście przedmiot dodatkowy. Obowiązkowe pozostają niezmiennie od kilku lat: język polski, język obcy i matematyka.

W sumie owe 6,8 proc. przełożyło się na niespełna 18,5 tys. piszących. W całym kraju! Owe wartości, czy to w liczbach względnych czy bezwzględnych, w ostatnich latach są w miarę stabilne, a wahania: nieznaczne.

Oznacza to, że chcąc uczynić z historii przedmiot obowiązkowy na maturze działalibyśmy wbrew maturzystom, ich planom zawodowym i edukacyjnym, ich pomysłowi na własny rozwój oraz oddalalibyśmy jeszcze bardziej edukację od ich zainteresowań (których szkoła niestety raczej nie buduje, a wręcz nagminnie niszczy wrodzoną w człowieku, dziecięcą ciekawość). Obowiązek byłby więc przymusem przyjętym z niechęcią i bez dwóch zdań przyczyniłby się do negatywnego postrzegania historii, która i dziś w oczach wielu uczniów jest przedmiotem trudnym, a w oczach innych bezbrzeżnie nudnym. I ja, pasjonat historii, w ogóle się im nie dziwię!

I tu dochodzimy do dwóch kwestii: z jednej strony tego, jak uczy się historii w Polsce począwszy od szkoły podstawowej na szkole średniej kończąc oraz tego, po co w ogóle historia miałaby się znaleźć na maturze, a wręcz po co nam ona w ogóle w szkole. Są one ściśle ze sobą powiązane. Bo, mówiąc w skrócie i wyprzedzając narrację, przedmiot szkolny historia, taki, jaki jest w Polsce obecnie, nie jest nikomu do niczego potrzebny i bez większej straty można by z niego zrezygnować.

Uczymy jej bowiem dość dużo, ale mało kto pyta o skuteczność owego nauczania. O proporcję zużytych sił do osiągniętych rezultatów. A wystarczy spojrzeć na zeszłoroczne wyniki matury z historii, by zobaczyć, że jest źle. Zdawali ją bowiem jedynie chętni, a średni wynik wyniósł 38%, co w warunkach tak szkolnych jak i akademickich oznacza ocenę niedostateczną. A jaką wiedzą popisaliby się ci, którzy historii zdawać nie chcieli?

Dziś historia jawi się jako dziwna, wręcz perwersyjna matematyka, gdzie celem jest zapamiętanie kilku kombinacji trzech lub czterech cyfr. Zapamiętanie po wcześniejszym zakuciu, które poprzedza zapomnienie. Czy jednak nam, ludziom starszym, nie jest po ludzku szkoda młodzieży? Młodzieży, która ma sporo zajęć szkolnych i pozaszkolnych. Po co jej jeszcze te niezrozumiałe cyferki.

Rzecz jasna nie twierdzę, że edukacja historyczna jest niepotrzebna. Twierdzę, że nie jest nam potrzebna edukacja historyczna taka, jaką mamy. Obecny system służy, zdaje się, jedynie oczyszczeniu sumienia nas, starszych pokoleń. Dzięki niej czujemy, że spełniliśmy nasz obowiązek. Wszak historia w szkole jest, więc nikt nam nie zarzuci, że nie zadbaliśmy o edukację historyczną, a nawet o patriotyczną naszych dzieci. W końcu kupiliśmy we wrześniu podręcznik, prawda?

Wątkiem pobocznym, który jedynie tu zasygnalizujemy, jest instrumentalne traktowanie historii jako okazji do nauczania patriotyzmu. Autor niniejszych słów, choć z całą mocą czuje się patriotą, uznaje instrumentalizację historii szkodliwą i groźną. Po 1. patriotyzm generalnie wynosi się z domu (choć są tu oczywiście wyjątki). Po 2. wykorzystywanie lekcji o przeszłości jako pole edukacji patriotycznej szkodzi tak historii, jak i patriotyzmowi. Naraża bowiem historię na wprzęgnięcie jej w tryby machiny propagandowej. I to nie tylko reżimu autorytarnego, jaki obecnie nam nie grozi, ale praktycznie każdej partii politycznej, która aktywna jest na polu światopoglądowym i mogłaby chcieć skroić podstawę programową pod swoją wizję historii. Takie zagrożenie jest zresztą jednym z argumentów przeciwko obecności historii w szkole: w społeczeństwie skrajnie spolaryzowanym światopoglądowo lekcje silnie upolitycznionego ze swojej natury przedmiotu, jakim jest historia, mogą stać w sprzeczności z poglądami rodziców – i to za równo liberalnych, jak i konserwatywnych. A chyba nie o to chodzi, żeby wzbudzać kontrowersje i negatywne emocje, ale edukować. Po 3. zaś historia traktowana jako narzędzie do budowania patriotycznych postaw, jeśli jest przedmiotem nielubianym, może doprowadzić do umocnienia się poglądów wrogich patriotyzmowi. Jedynie historia prowadzona mądrze i rozważnie, z dala od celowego budowania postaw politycznych, może sprzyjać umacnianiu patriotyzmu, na zasadzie: znam historię Polski i innych narodów, dzięki czemu wiem, jak ważne jest własne państwo i jego niepodległość. Ale musi być to refleksja autorska ucznia, a nie kolejna regułka do zapisania i zapamiętania wyrecytowana przez znudzonego nauczyciela.

I tu wracamy do zasadniczej narracji. Żeby bowiem uczeń mógł poczynić poprawną refleksję na temat świata współczesnego i przeszłego, musi wyjść ponad poziom: zakuć-zdać-zapomnieć. Grunwald, Wiedeń, Monte Cassino. Bo historię trzeba po prostu zrozumieć.

W cyfrowym świecie, gdzie każdy ma w kieszeni szeroki dostęp do wiedzy encyklopedycznej, nauczanie dat nie ma żadnego sensu i musi być ograniczone do minimum. Ograniczone skrajnie, może nawet do zaledwie kilku dat na cały XX wiek historii Polski. O wiele ważniejsze są pojęcia oraz zrozumienie procesów.

A można to osiągnąć, jak sądzę, jedynie poprzez radykalne ograniczenie podstawy programowej. I chodzi nie tylko o znaną z memów Mezopotamię, której uczyli się wszyscy ci, którzy na historii nie doszli z programem do roku 1945. Bo chyba każdy zgodzi się, że lepiej, by uczeń na długie lata zapamiętał, by wiedział, co działo się w Rzeczypospolitej w XVII wieku, jakie targały państwem przeciwności, spory, z kim walczono i jak rzutowało to na przyszłość, niż żeby przez 10 minut kartkówki potrafił wymienić 10 bitew z czasów Zygmunta III Wazy, a za tydzień nie pamiętał, jak ten Waza w ogóle miał na imię.

Ostatecznie owe 10 bitew każdy w kilka chwil znajdzie w internecie, jeśli będzie potrzebował, a rozumienie proces można mieć jedynie w głowie. Tymczasem to na tym drugim fundamencie możliwe jest oparcie sensownej i potrzebnej tak uczniowi, jak i całemu społeczeństwu, refleksji o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

I tego sobie, jako społeczeństwu, życzmy. Historii jako przedmiotu, który buduje patriotyzm, ale nie poprzez tępą propagandę w stylu: Piłsudski wielkim Polakiem był kropka. Nie. Historii jako przedmiotu o świecie, o skomplikowanych procesach i wręcz walce dobra ze złem. W ten sposób młody człowiek na pewno pojmie, że własne państwo to wartość oraz że dobro w świecie pełnym zła jest wartościowe i choć trudne, to warto o nie walczyć. A budując podstawę programową w sposób mądry i dostosowany do otaczającego nas świata (a nie w oparciu o wzorce dobre w XIX wieku) zadbamy o to, by historia nie była zbiorem cyferek do zapamiętania i zapomnienia, ale prawdziwą nauczycielką życia. Bo o to przecież w niej chodzi.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj