Śledztwo w sprawie „Wielkiej Lechii”. Oto wyniki

0
36

Internet pełen jest doniesień o wspaniałej przeszłości naszych przodków, którzy mieli stać za olbrzymim imperium walczącym na wielu frontach przeciwko najwybitniejszym wodzom świata starożytnego. Owe niesamowite osiągnięcia Słowian miały zostać – wedle zwolenników koncepcji Wielkiej Lechii – ukryte przez spisek watykańsko-niemiecki. Czy w takich twierdzeniach jest choć ziarno prawdy? Powiedzmy to jednoznacznie już na wstępie: nie. Teoria o potężnym państwie to absurdalna bzdura, która obok nauki nawet nie stała. Oto 6 dowodów.

Dowód 1: taki spisek musiałby zostawić jakiś ślad

Historia zna liczne spiski. Można nawet powiedzieć, że dzieje ludzkości to niekończąca się opowieść o zakulisowych działaniach i zmawianiu się przeciw komuś. W palecie rozmaitych intryg wymierzonych we władców, szpiegów czy nawet całe państwa brakuje opisu rzekomej umowy zawartej między stronami sprzymierzonymi, by zniszczyć Słowian i ich imperium. Czy jest więc możliwe, by władcy, politycy, wodzowie, ale też ich sekretarze i inni historycy skrzętnie odnotowywali liczne porozumienia (także te absolutnie tajne w chwili zawierania), a pominęli akt mający ułożyć relacje w Eurazji na setki, jeśli nie tysiące lat? Dla zawodowych historyków to absolutnie wykluczone, dla internetowych mędrców „od wszystkiego” – koronny dowód. Oto bowiem całkowity brak informacji zarówno o Wielkiej Lechii jak i spisku jej wrogów ma stanowić ostateczny i w 100 procentach przekonujący argument świadczący o silne owego państwa, którego wrogowie tak się lękali, że aż całkowicie usunęli pamięć o nim. Jeśli jednak ktoś zdecyduje się zaakceptować takie rozumienie przeszłości, to nic nie stoi na przeszkodzie, by uznać wkład kosmitów w budowę egipskich piramid czy historyczność Asteriksa i Obeliska. Ale wtedy nie mówimy o nauce mającej precyzyjną metodologię dotyczącą chociażby analizy źródeł. Poza tym skoro Lechia była tak potężna, że wrogowie pragnęli zniszczyć nawet pamięć o niej to… dlaczego upadła i dziś jej nie ma, a jednocześnie ktoś odkrył „prawdę”?

Dowód 2: Biblia nie mówi o Wielkiej Lechii

Zwolennicy teorii o Wielkiej Lechii – zwani turbosłowianami – powołują się niekiedy na starotestamentalne Księgi: Samuela oraz Sędziów. Pojawiają się w nich bowiem odwołania do pewnego miejsca geograficznego odpowiadającego koncepcji. W Księdze Sędziów czytamy m.in. słowa: „Wybrali się następnie Filistyni, aby rozbić obóz w Judzie, najazdy zaś swoje rozciągnęli aż do Lechi” (Sdz 15, 9). Cóż, faktycznie ostatnie słowo cytatu brzmi całkiem znajomo. Czy jednak oznacza to potwierdzenie koncepcji o rzekomym słowiańskim imperium? Absolutnie nie. Opieranie się bowiem na prostym mechanizmie fonetycznego podobieństwa nie jest podejściem naukowym. Nauka mówi zaś wyraźnie, że w przytoczonym cytacie chodzi o Ramat-Lechi – miasto na Bliskim Wschodzie, którego nazwa własna nie została przetłumaczona (gdyż nie praktykuje się takich przekładów), a oznacza Wzgórze Szczęki. Języki słowiańskie – dodajmy w ramach ciekawostki – należą do rodziny języków indoeuropejskich, natomiast hebrajski (zarówno biblijny jak i współczesny) do rodziny afroazjatyckiej. Nie ma więc między nimi nawet odległych związków poza ewentualnymi późniejszymi zapożyczeniami. Uproszenia i skojarzenia są jednak popularną metodą „badawczą” wielkolechickich „ekspertów”. Z kolei słowo „Lechia” – którego odmieniona wersja bywa używana na określenie Polski przez niektóre narody zamieszkujące na wschód i południe od naszego państwa – pochodzi od nazwy plemienia Lędzian i wiąże się z wyrazem „lęda”, co oznacza, że etymologicznie zarówno Lechia jak i Polska są synonimami.

Dowód 3: „Kroniką Prokosza” to XIX-wieczny falsyfikat

Popularna wśród turbosłowian „Kronika Prokosza” ma stanowić jeden z dowodów (cudownie ocalałych przed niemiecko-watykańskim spiskiem) na istnienie Wielkiej Lechii. Tymczasem współczesna nauka ustaliła bezsprzecznie, że dokument nie pochodzi z mroków średniowiecza i nie napisał go żaden mnich Prokosz. Jego autor jest jednak znany. To Przybysław Dyjamentowski – zawodowy fałszerz trudniący się wymyśleniem drzew genealogicznych dla szlachty łasej na wspomnienia o wspaniałej „historycznej” (nie ważne, że rzekomej) przeszłości. Żył w wieku XVIII. Ów tekst ma więc sporą wartość – ale nie jako źródło do „czasów”, które „opisuje”, ale epoki, w której powstał. Pokazuje nam chociażby mentalność ludzi zamawiających takie utwory literackie. Podobnie zresztą należy odbierać „Rękopis królowodworski” oraz „Rękopis zielonogórski” – fałszywki istotne dla rozwoju czeskiej świadomości narodowej, ale zbędne przy dociekaniu prawdy o wiekach średnich nad Wełtawą.

Dowód 4: genetyka może dowodzić migracji, nie istnienia imperium

Z braku mocnych – a w zasadzie jakichkolwiek sensownych – dowodów źródłowych zwolennicy Wielkiej Lechii próbują udowodnić swoje koncepcje także w oparciu o… genetykę. Powołują się bowiem na stosunkowo częste występowanie w populacji polskiej haplogrupy R1a1. Zapominają jednak przy tym, że jest ona „popularna” także u przedstawicieli innych narodów słowiańskich, nacji germańskich, ludów Iranu i Indii, Ugrofinów (Węgrzy, Estończycy) czy turkijskich Kirgizów, co w praktyce oznacza, że ewentualny podbój mógł przebiegać i w drugą stronę (nie my ich, ale oni nas). Realnie jednak rozpowszechnienie haplogrupy nie dowodzi istnienia jakiegokolwiek imperium, a faktu populacyjnych migracji – co nie stanowi żadnej historycznej sensacji. Trudno natomiast w oparciu o genetykę potwierdzić lub wykluczyć pobyt naszych przodków nad Wisłą w czasach przedhistorycznych poprzez dokonanie genetycznego porównania populacji Polski w wieku XXI z ludami mieszkającymi nad Wisłą w okresie między połową II tysiąclecia przed Chrystusem a V wiekiem po Chrystusie, gdyż przedstawiciele archeologicznej kultury łużyckiej oraz następującej po niej kultury przeworskiej stosowali pochówek całopalny.

Dowód 5: Słowianie mieszkali tu „od zawsze”? To tylko jedna z koncepcji

W tym miejscu warto wspomnieć o trwający w nauce (nie w pseudonauce, która już wszystko „wie”) sporze dotyczącym pochodzenia Słowian. W przeszłości owa dyskusja była niestety naznaczona silnymi wpływami politycznymi i wiązała się z trudnymi relacjami polsko-niemieckimi oraz imperializmem zachodniego sąsiada. Stąd też niejako patriotycznym obowiązkiem stało się potwierdzanie zamieszkiwania naszych przodków nad Wisłą już w epoce brązu, gdy tymczasem Niemcy przekonywali o znacznie późniejszym zasiedleniu Europy Środkowej przez Słowian. Wielowiekowa obecność tego ludu na ziemiach polskich była także obowiązującą narracją w okresie PRL. Dziś jednak szczęśliwie nauka jest wolna od politycznej presji (przynajmniej w tej sprawie) i może na spokojnie analizować dowody. Te zaś – z racji swojego charakteru – nie są niejednoznaczne. Obecnie dominuje koncepcja allochtoniczna zakładająca, że Słowianie przybyli do Europy Środkowej w czasie Wielkiej Wędrówki Ludów, wcześniej zamieszkując obszary położone bardziej na wschód. Przeciwna wobec niej jest koncepcja autochtoniczna zakładająca właśnie wielowiekową (starszą niż 1500 lat) ciągłość etniczną na naszych ziemiach. Niezależnie jednak od tego czy przodkowie Polaków pojawili się nad Wisłą 15 czy 35 wieków temu – nie stanowi to żadnego dowodu na istnienie jakiegokolwiek imperium, choć oczywiście koncepcja zakładająca migrację w czasach późnorzymskich wyklucza już na starcie pseudonaukową teorię Wielkiej Lechii.

Dowód 6: precyzja większa niż w XX wieku?! To jakiś żart!

Fundamentalna dla turbolechitów publikacja wydana z potężnym sukcesem komercyjnym przez cieszące się niegdyś szacunkiem wydawnictwo (oczywiście bez recenzji naukowej, bo takowa nie pozostawiłaby na dziele suchej nitki) zawiera całe morze „informacji”. I nie zawsze są to ogólniki, których można by spodziewać się w sytuacji gigantycznego spisku watykańsko-niemieckiego stojącego za zniszczeniem wszelkich śladów Wielkie Lechii. Autor książki – wcześniej specjalista od cywilizacji… kosmicznych – pokusił się nawet o szczegóły co do czasu panowania władców (każde z trzech ostatnich słów mogłoby zostać osobno wzięte w cudzysłów). Precyzja może powalić na kolana niejednego naukowca zajmującego się dziejami XX wieku. Otrzymujemy bowiem „informację” o panowaniu pewnego króla przez… 4 godziny (z podaniem – a jakże – konkretnego dnia, miesiąca i roku). Taki absurd nie dziwi, gdy uzmysłowimy sobie skalę oderwania wielkolechitów od naukowej metodologii historii: swobodne i bezkrytyczne posługiwanie się rozmaitymi „źródłami” i źródłami, korzystanie z materiałów pasujących pod tezę (w myśl zasady, że nie ufamy np. tekstom kościelnym, chyba że potwierdzają to, czego potrzebujemy), opieranie się na internetowych „ekspertach” (również rosyjskojęzycznych), próby łączenia archeologicznych kultur z narodowościami, uznawanie za twórców Wielkiej Lechii niemalże wszystkich ludów, które nie tworzyły Cesarstwa Rzymskiego oraz uprawianie językoznawstwa opartego li tylko na skojarzeniach.

Po co to komu?

Znając turbosłowiańskie koncepcje oraz rzeczywistość – to, jak było naprawdę – nie możemy pominąć podstawowych w tej sprawie pytań:

– jak to możliwe, że ktoś wierzy w takie brednie?
– po co komuś takie teorie?

Odpowiadając na pierwsze pytanie należy zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze polska szkoła w niezadowalającym stopniu uczyła (lub być może nadal uczy) krytycznego podejścia do informacji dostępnych w sieci (dotyczy to także książek, ale za sprawą internetu obieg bredni stał się szybszy, co pokazała również pandemia COVID-19). Po drugie zaś nie da się wykluczyć „leczenia” Wielką Lechią pewnych kompleksów o charakterze społecznym.

Z kolei na drugie pytanie odpowiedź jest tyleż łatwa, co trudna. Na absurdalnych teoriach można oczywiście zarobić, więc takie koncepcje są potrzebne autorom pseudonaukowych publikacji. Można jednak spojrzeć na zagadnienie szerzej i dostrzec w wielkolechickich mrzonkach wpływy politycznej propagandy reklamującej ideę słowiańskiej jedności – oczywiście jedności pod kierownictwem najsilniejszego: Rosji. To zagadnienie wykracza jednak po zakres nauk historycznych.

Michał Wałach

Foto: zrzut z ekranu/Youtube.com

W ramach działań realizowanych przez Podlaski Klub Patriotyczny przypominamy najciekawsze teksty naszego portalu.

Powstanie Podlaskiego Klubu Patriotycznego było możliwe dzięki dofinansowaniu ze środków Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Paderewskiego w ramach Funduszu Patriotycznego – edycja Niepodległość po polsku. Lokal znajduje się w Białymstoku przy ul. Jurowieckiej 30A/2.

Tekst powstał w ramach realizacji zadania pod tytułem: „Patriotyzm
wczoraj i dziś”. Edukacja młodzieży w zakresie wychowania patriotycznego i wiedzy
historycznej połączona z rozwojem instytucjonalnym Fundacji „Prosto z mostu” w latach
2021-2023″. Sfinansowano go ze środków Narodowego Instytutu Wolności- Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w Ramach Rządowego Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj