Trauma z Trianon, czyli skąd się wziął kontrowersyjny szalik Viktora Orbana?

0
342
Viktor Orban i mapa Wielkich Węgier oraz podział na podstawie traktatu z Trianon. Fot.:facebook.com/orbanviktor + domena publiczna

Premier Węgier wywołał oburzenie w kilku krajach Europy Środkowej. Na meczu z Grekami pojawił się bowiem w szaliku zawierającym zarys granic tzw. Wielkich Węgier. Dziś jednak większość historycznych ziem Korony świętego Stefana należy do innych państw, które potraktowały ów symbol jako wyraz węgierskiego rewizjonizmu. Czy słusznie? Cóż, reakcja sąsiadów Węgier nie może dziwić. Nie dziwi jednak także sentyment Węgrów oraz ich emocje związane z traktatem z Trianon, który odebrał im większości historycznego państwa.

W działaniach premiera Węgier Viktora Orbana od lat nie brakuje odniesień do idei tzw. Wielkich Węgier. Polityk nie dąży jednak do rewizji granicy ze Słowacją, Rumunią czy Serbią i Chorwacją. Można rzecz: to nie te czasy. Administracja Fideszu dba jednak o podtrzymywanie w narodzie pamięci o traktacie z Trianon i jego konsekwencjach. A nawet więcej: na owej pamięci próbuje budować politykę. Czyni więc we własnej polityce narodowościowej coś dokładnie odwrotnego niż większość krajów Europy. O ile na Zachodzie próbuje jednoczyć się ludzi wokół idei państwa, kładąc nacisk na naród jako zjawisko polityczne, na Węgrzech ciężar przesunięty jest w stronę narodu rozumianego bardziej etnicznie i kulturowo. To właśnie dlatego już kilka lat temu Orban ułatwił Węgrom mieszkającym poza państwem uzyskiwanie obywatelstwa, a echo wspomnianej tendencji wybrzmiewa w trakcie afery o mapę na szaliku premiera. Tłumacząc swoje postępowanie polityk podkreślił bowiem, że reprezentacja Węgier reprezentuje wszystkich Węgrów – niezależnie od tego, gdzie mieszkają. To podejście odmienne od znanego chociażby z Francji czy Niemiec, gdzie w reprezentacjach często grają piłkarze urodzeni w innych krajach, ale związani z państwem, którego koszulkę przywdziewają. Historia Węgier jest jednak odmienna. A to właśnie ona powoduje, że niewielki kraj w środku Europy zachowuje się w sposób budzący obawy sąsiadów.

Węgry wielkie i… nacjonalistyczne

Węgry to bardzo stare państwo o długiej i bogatej historii. Przez wieki swojego istnienia Madziarzy zdominowali południową część Europy Środkowej i byli pod względem geopolitycznym tworem podobnym do Rzeczypospolitej. Tyle, że na południe od Karpat. Przez stulecia władza Węgrów nad Słowacją, częścią Rumunii i Bałkanami nie stanowiła jednak problemu. Wszystko odmienił wiek XIX i rozwój nowoczesnych nacjonalizmów oraz zaistnienie świadomości narodowej w szerokich masach ludowych.

Zanim jednak Węgrzy stali się narodem gnębiącym inne narody swojego państwa, sami nie mieli – delikatnie mówiąc – łatwego życia. Habsburgowie ostro zwalczali ich niepodległościowe ambicje, korzystając przy tym (podczas Wiosny Ludów) z pomocy Rosjan. Po roku 1867 doszło jednak do zasadniczej zmiany. Węgrzy stali się równoprawnym dla Austriaków partnerem oraz gospodarzami we własnym kraju. W nowych okolicznościach Węgrzy stanowiący w państwie mniej niż 50 procent populacji przystąpili jednak do realizowania surowej polityki madziaryzacji. Chcieli bowiem zyskać w państwie większość; chcieli, by wszyscy stali się Węgrami. Do tej pory bowiem do narodu należeli etniczni Węgrzy oraz zmadziaryzowana szlachta z innych części Korony świętego Stefana.

Od lat 70. XIX wieku Węgrzy przystąpili więc do ofensywy, a skupiając się na edukacji i kulturze rzucali kłody pod nogi rozwijającym się wówczas innym, młodszym narodom zamieszkującym ich państwo. Nawet szkoły podstawowe zaczęły obowiązkowo nauczać języka węgierskiego, który z czasem stał się językiem wykładowym. Skąd my to znamy? Chociażby z zaboru pruskiego! Szczególne problemy objęły Słowaków, którzy oprócz madziaryzacji szkolnictwa doświadczyli madziaryzacji nazw miejscowości. Swoje wycierpieli także Rumuni, Serbowie, Rusini i Chorwacji. I to pomimo faktu, że Chorwacja od wieków stanowiła autonomiczną część Królestwa Węgier.

Butna i nacjonalistyczna polityka Budapesztu zemściła się na Węgrach po około pół wieku od uzyskania wolności w ramach CK Monarchii. Dążeń narodów słowiańskich oraz Rumunów Madziarzy bowiem nie stłamsili, a zamiast tego zamiast sąsiadów mieli dookoła siebie… samych wrogów. Gdy więc państwa centralne przegrały I wojnę światową, Budapeszt mógł bać się o dalszy los Królestwa. I nikt nie mógł udawać, że to Austriacy i Niemcy odpowiadają za konflikt. Wszyscy wiedzieli bowiem doskonale, że Austriacy podzielili się władzą z Węgrami, a wszystkie partie polityczne w Królestwie – także te opozycyjne – popierały udział w wojnie.

Klęska to dopiero początek tragedii

Takiej klęski po roku 1918 nie spodziewał się jednak nikt, szczególnie, że mimo wszystko Budapeszt nie prowadził samodzielniej polityki zagranicznej, a w gronie państw centralnych CK Monarchia była partnerem drugorzędnym i zależnym od woli Berlina. To jednak Węgry okazały się realnie największym przegranym I wojny światowej w owym militarnym sojuszu. Owszem, Niemcy straciły sporo terenów na rzecz Polski i Francji oraz zostały objęte poważnymi ograniczeniami dotyczącymi rozwoju armii. Austria w ogóle przestała być mocarstwem i utraciła wiele ziem, jednak akurat w Wiedniu nikt nie płakał po Galicji i Czechach. Także Bułgaria i Turcja musiały zrezygnować z części imperialnych planów. Traktaty pokojowe były więc bolesne dla przegranych, jednak ich siła oddziaływania okazała się mniejsza niż w przypadku Węgrów. Ci utracili bowiem aż 2/3 powierzchni państwa względem granic z roku 1914. Podobna skala strat dotyczyła liczby ludności mieszkającej na okrojonym terytorium.

Jak do tego doszło? Przecież w listopadzie roku 1918 Austro-Węgry nie zostały podbite przez państwa ententy!

To prawda. Węgry nie zostały zajęte wówczas przez żadnego przeciwnika. Największy wróg okazał się jednak działać wewnątrz. Mowa o komunistach, którzy wykorzystując trudną sytuację kraju, w tym wysoką inflację i klęskę głodu oraz polityczny chaos, zaczęli siać swoją propagandę. Jednocześnie kraj już jesienią roku 1918 został ograniczony terytorialnie za sprawą rozejmu w Belgradzie (zawartego z Węgrami w obliczu ogłoszenia przez nich niepodległości – analogiczne porozumienie Austria zawarła w Villa Giusti). Postanowienia owego rozejmu były jednak zarówno tymczasowe i nie oznaczały trwałej utraty ziem okupowanych przez aliantów, jak i miały charakter łagodniejszy: straty terytorialne były wówczas mniejsze niż postanowiono w Trianon.

Gdyby więc kraju nie objęła rewolucja komunistyczna, a bolszewicy nie powołaliby Węgierskiej Republiki Rad, być może negocjacje pokojowe z ententą przebiegałyby na zupełnie innych zasadach. Węgrzy mogliby chociażby odwoływać się do granic wyznaczonych w ramach zawieszenia broni i wnioskować o ich dostosowanie do struktury etnicznej. Z pewnością państwo utraciłoby mniej terytoriów i mniej milionów Węgrów pozostałoby poza granicami kraju. Niestety tak się nie stało, gdyż nad Europą zawisła groźba kolejnej komunistycznej rewolucji. A czy można było zaakceptować powstanie kolejnego państwa bolszewickiego na Starym Kontynencie? Tym razem w centrum Europy? Z całą pewnością: nie! Groziłoby to bowiem pełnowymiarowym sukcesem rewolucji i jej niezaprzeczalnie międzynarodowym kształtem. Konieczna okazała się więc interwencja międzynarodowa.

Szczęśliwie dla ludzkości, w tym dla Węgier, akcja międzynarodowej koalicji okazała się skuteczna. „Czerwony” reżim Beli Kuna został obalony. Pokonanie komunizmu nad Balatonem w roku 1919 przez Francuzów oraz nieprzychylnych Węgrom sąsiadów miało jednak swoją cenę polityczną. Skoro bowiem to m.in. Czesi, Jugosłowianie i Rumuni dali Węgrom wolność od bolszewizmu, to dlaczego mieliby im jeszcze oddawać ziemie, na których żyli ludzie zainteresowani łącznością z Czechosłowacją, Królestwem Serbów, Chorwatów i Słoweńców oraz Królestwem Rumunii? Szczególnie, że armia admirała-regenta Miklósa Horthy’ego oraz powołanego na nowo Królestwa Węgier była słaba. Za słaba, by samodzielnie pokonać komunistów i zbyt słaba, by pokonać koalicję, która wygnała owych „czerwonych” z kraju.

Najgorszy dzień w historii Węgier

W takiej skrajnie niekorzystnej sytuacji międzynarodowej Węgrzy nie mieli wyboru i 4 czerwca roku 1920 we francuskim pałacu Grand Trianon zaakceptowali pokój z państwami ententy. Pokój, który sprawił, że ich kraj liczył 8 milionów mieszkańców i obejmował obszar 93 tys. km kw. Przed rokiem 1918 było to 21 milionów ludzi oraz 325 tys. km kw. Co prawda większość „utraconych” obywateli należała do innych wspólnot narodowych, ale i tak ponad 3 miliony etnicznych Węgrów pozostało poza nowymi granicami, często żyjąc w zwartych skupiskach, co oznaczało, że wyznaczając granicę zignorowano wobec nich kluczową wówczas zasadę samostanowienia narodów, traktując ją jednak całkowicie na serio wobec nacji znajdujących się z Węgrami w sporze.

Większość podjętych wówczas decyzji miała charakter arbitralny i wbrew ówczesnym standardom nie przeprowadzano plebiscytów, które z pewnością w wielu przypadkach spowodowałyby rozszerzenie terytorialne Węgier względem granicy ustalonej w Trianon. Subtelne sygnały wysyłane w stronę Budapesztu o możliwym powołaniu w przyszłości swoistej federacji państw leżących nad Dunajem w celu m.in. zachowania kontaktów handlowych istniejących przed rokiem 1914 nie została nigdy zrealizowania. Nigdy nie przystąpiono także do rewizji traktatu w oparciu o kryteria etniczne, choć obiecywał to Węgrom sam Georges Clemenceau. Zamiast tego sąsiedzi Węgier – Czechosłowacja, Rumunia i Jugosławia – utworzyły sojusz wojskowy, a Mała Ententa miała jednoznacznie antywęgierski. Sojusznicy pragnęli chronić się przed rewizjonizmem Budapesztu i ewentualną restytucją Imperium Habsburgów. Porozumienie generalnie jednak nie było konieczne, gdyż każdy z krajów samodzielnie dysponował silniejszą armią niż okrojone terytorialnie, ludnościowo i przemysłowo Węgry.

Upokorzenie dawnych panów południowej części Europy Środkowej było na tyle silne, że przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego flagi na Węgrzech pozostawały opuszczone do połowy na znak żałoby, a ludzie modlili się o powrót ojczyzny w dawnych granicach. Z kolei narodowym obowiązkiem stało się cierpienie z powodu Trianon.

Cierpienie rychło stało się traumą. Ta zaś na trwałe zintegrowała się z narodową tożsamością Węgrów, którzy wykorzystali pierwszą nadarzającą się okazję, by zrealizować swoje rewizjonistyczne sny. Swoje nadzieje związali z politykiem kierującym znacznie silniejszym krajem, który jednak także pragnął zniszczyć powojenny ład w Europie – z Adolfem Hitlerem. To właśnie w wyniku zbliżenia z III Rzeszą Węgrzy uzyskali (na mocy pierwszego arbitrażu wiedeńskiego) tereny południowej Słowacji oraz (na mocy drugiego arbitrażu wiedeńskiego) Siedmiogród zarządzany dotąd przez Rumunię. Cenę za współpracę Budapesztu z nazistami zapłacili przede wszystkim węgierscy Żydzi, choć należy odnotować, że Miklós Horthy próbował blokować niemiecką politykę eksterminacji, a głównym winowajcą wymordowania tej grupy narodowościowej jest (poza Niemcami) Ferenc Szálasi – marionetka nazistów, polityk rządzący na Węgrzech po obaleniu Horthy’ego przez hitlerowców. Tymczasem węgierskie zyski terytorialne z okresu II wojny światowej okazały się tak trwałe jak imperium budowane przez Adolfa Hitlera. Wraz z klęską III Rzeszy Węgry powróciły do granic wyznaczonych w Trianon stając się dodatkowo zabawką w rękach Stalina. I w owych granicach od tego momentu (poza drobnymi korektami) nic nie uległo zmianie.

Węgrzy nadal są więc krajem małym z milionami rodaków żyjącymi często tuż za miedzą. Dodatkowo kompleks Trianon istnieje nad Balatonem do dziś – i to nie jako element programu jakiś niszowych formacji nacjonalistycznych, ale kluczowy element węgierskiej tożsamości narodowej. Widać to zarówno w symbolicznych gestach premiera Viktora Orbana, w realnych działaniach jego administracji (łatwość uzyskiwania obywatelstwa przez Węgrów mieszkających poza granicami), jak i fakcie, że do dziś, codziennie o godzinie 16:32, w Parku Trianon w Budapeszcie bije dzwon. To znak żałoby, gdyż o tej godzinie podpisano w roku 1920 traktat pokojowy likwidujący Wielkie Węgry.

Z kolei kwestia owej umowy międzynarodowej sprzed ponad 100 lat do dziś pozostaje problemem w stosunkach Węgrów z sąsiadami. Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych w odpowiedzi na kontrowersyjny szalik Viktora Orbana wezwało „na dywanik” ambasadora Węgier, a rumuńska dyplomacja wyraziła dezaprobatę przypominając, że rewizjonizm jest nie do przyjęcia. To zresztą nie pierwszy raz gdy Bukareszt musiał zabrać głos. Reagował także na węgierskie obchody 100. rocznicy podpisania traktatu z Trianon. Wówczas bowiem rząd w Budapeszcie ogłosił rok 2020 „rokiem wspólnoty”, co mogło być odczytywane nie tylko jako ukłon w stronę węgierskiej mniejszości chociażby w rumuńskim Siedmiogrodzie, ale także objaw swoistego rewizjonizmu wyrażonego poprzez nazwanie pokoju z Trianon „dyktatem pokojowym”. Do dziś, mimo iż zarówno Rumunia jak i Węgry należą do Unii Europejskiej oraz NATO, dwóch na trzech Rumunów uważa, że Węgrzy chcieliby odzyskać kontrolę nad Siedmiogrodem. I widząc niepodzielnie rządzącego w Budapeszcie premiera Orbana publicznie pokazującego się z symbolem wyrażającym panowanie Węgrów nad blisko połową dzisiejszej Rumunii – ciężko się im dziwić.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj