„Wampir z Zagłębia”. Czy komunistyczny „wymiar sprawiedliwości” skazał na śmierć niewinną osobę?

0
221
Zdjęcie ilustracyjne. Fot.:StockSnap/pixabay.com

W latach 60. XX wieku na Górnym Śląsku oraz w Zagłębiu Dąbrowskim zaczęły ginąć kobiety. Przebieg zbrodni zawsze był taki sam, a lista ofiar szybko rosła – szczególnie w roku 1965. Gdy z ręki „Wampira” zginęła krewna Edwarda Gierka, sprawa stała się dla służb priorytetem. Jednak w PRL nawet poszukiwanie seryjnego mordercy nie pozostawało wolne od polityki i ideologii.

Władze Polski Ludowej nie mogły bowiem przyznać przed społeczeństwem, że w kraju równości, wolności i postępu – jak przedstawiano państwo w propagandzie – ktoś seryjnie morduje kobiety, a milicja nie potrafi go ująć. Takie rzeczy, owszem, zdarzają się, ale na zgniłym, kapitalistycznym zachodzie. Zaś w socjalistycznej Polsce – absolutnie nie.

Ideologia przegrała jednak starcie z rzeczywistością. Z każdym kolejnym morderstwem, począwszy od pierwszej śmierci z listopada roku 1964, na Śląsku atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Ludzie najzwyczajniej w świecie rozmawiali o tym co się dzieje, a kobiety bały się chodzić samemu wieczorami. Eskortowali je ojcowie, mężowie i inni mężczyźni. Można wręcz mówić o panice. Gdy bowiem w obiegu pojawiła się plotka, że morderca poluje na blondynki, kobiety zaczęły farbować włosy na ciemniejsze kolory.

Oczywiście propagandowe prezentowanie Polski Ludowej jako kraju bez psychopatycznych morderców nie oznaczało, że milicja ignorowała problem. Przeciwnie. Próbowano znaleźć nieuchwytnego mordercę, którego społeczeństwo nazwało „Wampirem z Zagłębia”.

W lokalnej milicji powstała nawet specjalna grupa zajmująca się sprawą. Otrzymała kryptonim „Anna”. Tak bowiem nazywała się pierwsza ofiara seryjnego mordercy.

Mundurowi próbowali sprowokować „Wampira” i w miejscach oraz w godzinach ataków mordercy czaiły się na niego funkcjonariuszki milicji lub przebrani za kobiety milicjanci. Ani taka strategia ani zwiększenie liczby patroli nie pomogły jednak w uchwyceniu sprawcy. Kobiety nadal ginęły.

Latem roku 1966 milicja była jednak blisko uchwycenia „Wampira”. Wtedy bowiem zaatakowana kobiety krzyknęła, a jej głos usłyszeli funkcjonariusze. Oddali strzał ostrzegawczy i odnaleźli zaatakowaną. Wskazała im kierunek, w którym oddalił się napastnik. Niestety milicjanci zatrzymali… przypadkowego pijaka. Uciekał, bo wystraszył go strzał oraz przebiegająca koło niego postać. W ciemności kobieta potwierdziła, że policjanci zatrzymali napastnika, ale o poranku spostrzegała się, że doszło do pomyłki.

Tymczasem zaledwie kilka miesięcy później „Wampir” zaatakował znów. Tym razem ofiara została zamordowana. Była to bratanica samego pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach – Edwarda Gierka. Wobec tego sprawa nabrała zupełnie innego wymiaru.

Zmieniono więc podejście i poproszono o pomoc społeczeństwo. Wyznaczono nagrodę, ale nie pomogło to w ustaleniu sprawcy. Wielu ludzi natomiast donosiło na krewnych lub znajomych, z którymi pozostawali w konflikcie. Sprawy nie rozwikłali także polscy kryminolodzy. Zasugerowali jednak, że morderca żyje w Będzinie lub Dąbrowie Górniczej.

Wtedy też mundurowi zaczęli odwiedzać wszystkich mężczyzn w okolicy. W ten sposób powstały bazy danych zawierające cechy skontrolowanych osób. Następnie skonfrontowano je z profilem psychologicznym mordercy przygotowanym przez amerykańskiego specjalistę Jamesa Brussela z FBI. Tak wytypowano 250 osób. Wkrótce sprawę i dowodzenie grupą „Anna” przejął kpt. Jerzy Gruba. Długo jednak sprawa pozostawała nierozwiązana Tymczasem po najbardziej dramatycznym roku 1965 morderca atakował coraz rzadziej – ale nie przestał. Do ostatniego zabójstwa doszło w roku 1970. Powiązanie tej zbrodni z „Wampirem” nie jest jednak oczywiste.

Natomiast w roku 1972, dwa lata po ostatnim morderstwie, na Milicję zgłosiła się kobieta, która wskazała jako „Wampira” swojego męża – Zdzisława Marchwickiego. Mężczyzna był na liście podejrzanych wytypowanych w oparciu o zestawienie cech i profilu psychologicznego. Śledczym i biegłym odpowiadał także jego wiek. Ponadto pierwsza ofiara była sąsiadką teściowej Marchwickiego, a mężczyzna był znany milicji z przemocy domowej. Trudno jednak uznać takie przesłanki za niepodważalne.

Śledztwo i proces trwały długo. O ile bowiem na pozór niektóre elementy układanki pasowały do podejrzanego, o tyle… wiele z nich absolutnie nie. W końcu jednak Marchwicki przyznał się do winy. Wielu zwolenników tezy o jego niewinności – w tym Przemysław Semczuk, autor książki pt. „Wampir z Zagłębia” – zwraca jednak uwagę na osamotnienie i presję psychiczną stosowaną wobec podejrzanego. Marchwicki miał także mocno ograniczone prawo do obrony – jego adwokatom z urzędu rzucano kłody pod nogi. Za to ci, którzy dowodzili winy oskarżonego, w kolejnych latach doczekali się awansów w strukturach komunistycznego państwa.

Proces stał się w PRL prawdziwym show – spektaklem poza budynkiem sądu, na który przychodzili widzowie posiadający specjalne, imienne wejściówki. Niestety należy stwierdzić, że mężczyznę osądzono w ramach procesu pokazowego i skazano na śmierć na podstawie poszlak. Trudno tu mówić o pełnej sprawiedliwości. Ponadto niektóre zeznania po latach okazały się najpewniej wymuszone. Wyrok jednak wykonano. Końcem kwietnia roku 1977 w garażu Aresztu Śledczego w Katowicach Marchwickiego powieszono.

Co ciekawe, w procesie skazano także braci Zdzisława. Jan został uznany winnym kierowania zabójstwem Jadwigi Kucianki i usłyszał wyrok śmierci – wykonany tuż po śmierci Zdzisława. Nie jest wykluczone, że Marchwickiego oskarżono, gdyż chciano uderzyć właśnie w jego brata. Jan miał mieć powiązania z SB, donosić na księży i pałać się korupcją. Ponadto wiedział wiele o różnych osobach. Być może zbyt wiele. Kolejny z braci, Henryk, został skazany na 25 lat pozbawienia wolności, a odbywając wyrok zabiegał o oczyszczenie z zarzutów siebie oraz braci. Kilka lat po wyjściu z zakładu karnego zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Inne osoby skazane „przy okazji” to siostra braci Halina Flak, jej syn Zdzisław oraz kochanek Jana Marchwickiego – Józef Klimczak. Były to jednak wyroki krótsze, a sprawy nie były powiązane z „Wampirem” (choć – jak na proces pokazowy przystało – zasądzone wyroki miały wyjątkowo surowy charakter). Podobnie zresztą najpewniej za śmierć Jadwigi Kucianki nie odpowiadał seryjny morderca, choć sprawca próbował upodobnić zabójstwo do działań słynnego przestępcy. Dziś niektórzy badacze sprawy uważają, że uznany przez sąd za „Wampira z Zagłębia” Zdzisław nie miał związku z morderstwami lub ewentualnie mógł być w jakiś sposób zamieszany w sprawę Kucianki.

Na niewinność Marchwickiego w sprawie „Wampira” wskazuje fakt, że wszystkie ofiary seryjnego mordercy (poza jedną, ostatnią – Jadwigą Kucianką) zabiła osoba leworęczna. Zdzisław był zaś praworęczny. Na miejscu tych licznych zbrodni nie znaleziono także jego odcisków palców. Ten wątek w sprawie jednak zignorowano.

Podobnie potraktowano list, który kilka dni po śmierci Kucianki dostała milicja. Autor pisał: „to było już ostatnie morderstwo, więcej już nie będzie i nigdy mnie nie złapiecie”. Tymczasem wkrótce samobójstwo (rozszerzone) popełnił leczący się psychiatrycznie Piotr Olszowy, który… był już przesłuchiwany w sprawie i… przyznał się do winy. Z braku dowodów go jednak wypuszczono.

Dziś więc ciężko orzec kto tak naprawdę był „Wampirem z Zagłębia”. W sprawie istnieje wiele wątków i niejawności. Proces Marchwickiego z pewnością nie należał do sprawiedliwych, a tło polityczne tylko pogarszało sprawę. Część osób analizujących sprawę wskazuje na winę Olszowego. Jednak i tutaj ciężko nawet o cień pewności. Faktem pozostaje natomiast ustanie tragicznej serii morderstw na Śląsku i w Zagłębiu.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj