Two Column Images
Left Image
Right Image

Data :

SHARE:

Wilamowski: język, który może zniknąć bez wsparcia. Co zrobi Prezydent?

W piątek 12 września Sejm RP poparł projekt ustawy dodającej do grona języków regionalnych język wilamowskim. Czym jest owa mowa i dlaczego warto, by ustawę podpisał prezydent Karol Nawrocki?

Język wilamowski to najmniejszy na świecie język germański. Co jednak ciekawe, nie funkcjonuje w Anglii, Szwecji, Danii czy Austrii, a w… Polsce. Jego użytkowanie – zawsze ograniczone do wąskiej grupy mieszkańców niewielkiego miasteczka w historycznej Zachodniej Małopolsce – stanęło jednak pod znakiem zapytania. Na mieszkańców spadły bowiem po roku 1945 surowe represje ze strony lokalnego komunistycznego aparatu terroru. Represje obejmowały m.in. zakaz używania języka, co ma konsekwencje do dziś.

Ktoś jednak zapyta: skąd taka mowa w tej okolicy? I skąd w końcu represje? Za co? Czy Wilamowianie zrobili coś strasznego?

Analiza dziejów miejscowości wskazuje, że nie: Wilamowianie nie dopuścili się w swojej historii żadnego czynu, by jako zbiorowość zasłużyć na zbiorową karę polegającą na eliminowaniu ich kultury. Są bowiem ludem przybyłym na te tereny nie w wyniku ekspansji, a na zaproszenie piastowskich książąt, a więc już w średniowieczu. Wtedy też wycięli porastające okolicę lasy i założyli miejscowość na tzw. surowym korzeniu. Nie była to zresztą rzecz wyjątkowa – w ten sposób powstały setki miejscowości w Polsce, miejscowości zaludnionych przez ludzi przybyłych tu z Zachodu za pracą, za lepszym życiem (dla władców dzielnicowych był to czysty zysk: tanim kosztem przybywało podatników).

Ewenement Wilamowic polega na zachowaniu wyjątkowego języka i rozwijaniu oryginalnej kultury. Gdy wszyscy w okolicy przyjmowali mowę polską lub niemiecką (po sąsiedztwie osad niemieckich nie brakowało) Wilamowianie trwali przy swoim. Mogli sobie na to pozwolić choćby dlatego, że dzięki trudnieniu się handlem byli niezwykle bogaci. A skoro byli zamożni, to nie potrzebowali szukać awansu społecznego w dołączaniu do któregoś z liczniejszych narodów. Sami zresztą przez długie lata odrzucali zachęty ze strony aktywistów niemieckich próbujących przekonać Wilamowian co do ich rzekomej niemieckości. Czuli się bowiem sobą, Wilamowianami – nie Niemcami, nie Polakami. Jednocześnie trwając przy swojej kulturze pozostawali lojalnymi poddanymi cesarza Franciszka Józefa, a po roku 1918 lojalnymi obywatelami Rzeczypospolitej. II RP widziała w nich zresztą potencjał, widziała swoją, wierną sobie mniejszość – nie niemiecką, choć germańską – i jako taką grupę zapraszano na różne uroczystości patriotyczne jak np. sypanie kopca Piłsudskiego w Krakowie.

W roku 1939 Wilamowianie służyli w Wojsku Polskim. Przegrana Polski w kampanii wrześniowej oznaczała ciężki czas dla całego kraju, także dla Wilamowian. I o ile wcześniej Niemcy próbowali na Wilamowian naciskać, o tyle od września 1939 roku rozpoczął się okres przymusowego zniemczania. Nazistowskie władze okupacyjne widziały bowiem w Wilamowian wzór prastarej niemieckiej osady. I nic ich nie obchodził fakt, że Wilamowianie za taką osadę się nie uważali, a niemieckość nie była dla nich punktem odniesienia.

Deklarowanie niemieckiej tożsamości stało się w roku 1939 praktycznie obowiązkowe, a na opornych czekały obozy. Kto zaś pod przymusem aparatu terroru zdecydował się zadeklarować niemieckość – choćby dla ochrony swojej rodziny – ten musiał się liczyć, że trafi do Wehrmachtu, np. na krwawy front wschodni. Tam jednak wielu Wilamowian… dezerterowało i dołączało do polskich formacji jak chociażby Armia Generała Andersa. Kto zaś został na miejscu robił co mógł, by pomagać polskim sąsiadom uniknąć wywózki na przymusowe roboty w głębi III Rzeszy. W praktyce Wilamowianie zatrudniali Polaków z okolicy do pracy u siebie. Była to praca fikcyjna, jedynie na papierze, ale chroniła przed deportacją. Nie sposób także nie wspomnieć, że w Wilamowicach znajdowało się miejsce schronienia dla osób uciekających z niemieckiego obozu w pobliskim Oświęcimiu.

W oparciu o fakty historyczne nie sposób więc twierdzić, że Wilamowianie z radością i ochotą zasilili grupę tzw. folksdojczów. Przeciwnie. Deklaracje dotyczące niemieckiej tożsamości wynikały z chęci ochrony swoich bliskich, co było działaniem akceptowanym także przez Polskie Państwo Podziemne. Do tego typu postawy – ochrony siebie i bliskich – nie tylko w Wilamowicach ale także na Górnym Śląsku, zachęcało również polskie duchowieństwo katolickie (np. bp Stanisław Adamski).

Niemcy uciekając z Wilamowic na początku roku 1945 zachęcali Wilamowian do wyjazdu w głąb III Rzeszy. Co usłyszeli? Odmowę. Wilamowianie nie czuli się bowiem Niemcami i do Niemiec nie planowali wyjeżdżać. Byli bowiem z Wilamowic, tu była ich Ojczyzna.

Czy więc za tę postawę czekała ich po roku 1945 nagroda? Nic z tych rzeczy. Lokalni komuniści wypowiedzieli Wilamowianom wojnę zakazując używania języka oraz noszenia wielobarwnego wilamowskiego stroju ludowego. Kto łamał zakaz musiał liczyć się z brutalnym terrorem.

Oficjalnie represje były wymierzone w niemieckich kolaborantów. W praktyce prześladowano m.in. ludzi, którzy najpierw służyli w Wojsku Polskim, następnie w roku 1939 trafili do sowieckich łagrów, a stamtąd dostali się do Armii Andersa i do Polski powrócili po zakończeniu II wojny światowej. Można było więc służyć Polsce przez lata, III Rzeszy ani minuty, a i tak cierpieć po roku 1945.

Działano bowiem bez względu na realne okoliczności wojenne, a istotnym motorem działań oprawców była chciwość – na podstawie absurdalnych oskarżeń można było np. odebrać Wilamowianom dom wraz z gospodarstwem, z godziny na godzinę pozbawić ich dobytku, dorobku pokoleń. Kwestie materialne nie były jednak jedyną formą prześladowań: zdarzały się przypadki pobić ze skutkiem śmiertelnym osób mówiących po wilamowsku. Dodatkowo około 70 osób zesłano w głąb ZSRR na roboty przymusowe, a około 400 Wilamowian przeszło przez różne okoliczne więzienia i obozy (choćby i w Oświęcimiu, po ucieczce Niemców obóz – choć już bez komór gazowych – nadal służył totalitarnej władzy). To liczby gigantyczne gdy uświadomimy sobie, że wówczas miasteczko zamieszkiwało nie więcej niż 3 tys. osób, z czego po wilamowsku mówiło około 2 tysiące.

Tragedia Wilamowic trwała kilka lat. Od połowy lat 50. następowało uspokojenie sytuacji, zniesiono najbardziej radykalne zakazy, a część Wilamowian odzyskała swoje domy. Język przestał być jednak przekazywany młodym pokoleniom – ludzie urodzeni podczas wojny lub po wojnie nie mieli okazji nauczyć się go od rodziców i dziadków, tak jak dziecko naturalnie uczy się języka poprzez używanie go w domu. W ten sposób mowa nie miała nowych użytkowników i groziło jej wymarcie wraz ze śmiercią ostatniego użytkownika.

Na szczęście na początku XXI wieku grupa młodych Wilamowian zainteresowała się tematem, od starszych osób nauczyła się języka i doprowadziła do powstania w miejscowości swoistej mody na używanie wilamowskiej mowy, do odrodzenia lokalnej tożsamości. Pozwoliło to ochronić język od kompletnej anihilacji. Dziś język wilamowski ma swoją ustandaryzowaną pisownię, podręczniki do nauki (dostępne także on-line), literaturę (zarówno naukową, jak i piękną – ta zresztą rodziła się już w XIX wieku), jak i przede wszystkim grupę kilkudziesięciu użytkowników. I to w zdecydowanej większości – młodych.

Język wilamowski, choć nigdy nie używało go wiele osób, jest bez wątpienia mową odrębną od innych języków germańskich – za takowy uznały go międzynarodowe instytucje badawcze i kulturowe przyznając przy tym, że jest poważnie zagrożony wymarciem. Niestety na jakikolwiek krok związany z wilamowską mową ciągle nie zdecydowała się Rzeczypospolita Polska. Tym samym jedynym polskim aktem (bez)prawnym związanym z językiem wilamowskim pozostaje… komunistyczny zakaz jego używania.

Tymczasem to właśnie uznanie ze strony naszego państwa stanowiłoby jednoznaczne i jasne podkreślenie, że współczesna Polska odcina się od komunistycznych krzywd i stalinowskiej formy uprawiania polityki kulturowej. Że Polska A.D. 2025 uznaje działania prowadzone w Wilamowicach po roku 1945 za haniebne bezprawie i tego typu praktyki jednoznacznie potępia.

Dlatego jest absolutnie jasne, że uznanie języka wilamowskiego za język regionalny leży nie tylko w interesie samych Wilamowian, ale także całej Polski pragnącej odciąć się od okresu komunistycznego i brutalnych prześladowań wymierzonych w obywateli RP. Jeśli bowiem chcemy naprawiać wyrządzane wówczas krzywdy – często po roku 1989 faktycznie tak się działo – to nie możemy zamykać oczu na krzywdę Wilamowian oraz odwracać głowy, gdy Polska może te zbrodnie potępić i zrehabilitować skrzywdzoną społeczność.

Teraz, gdy stosowne przepisy uchwalił Sejm RP, pojawia się dla Polski szansa, by potępić komunistyczną politykę wymierzoną w Wilamowian i nadać językowi wilamowskiemu status języka regionalnego. Wkrótce sprawą zajmie się Senat RP, a następnie ustawa trafi do podpisu prezydenta Karola Nawrockiego. Można mieć nadzieję, że prezydent RP – jako historyk i w przeszłości prezes IPN, a więc człowiek bez wątpienia wrażliwy na krzywdy historyczne i dobrze znający realia komunistycznego terroru – nie będzie obojętny wobec tej problematyki i wyrazi zgodę, by język wilamowski stał się drugim, obok kaszubskiego, językiem regionalnym, co stanowiłoby piękny gest ze strony Rzeczypospolitej Polskiej i wyraźny sygnał poparcia dla naprawiania krzywd dokonanych w czasach stalinowskich.

 

Cyprian Bielik

 

Foto: Youtube.com/zrzut z ekranu

 


Tekst powstał w ramach aktywności Podlaskiego Klubu Patriotycznego.

Powstanie Podlaskiego Klubu Patriotycznego było możliwe dzięki dofinansowaniu ze środków Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Paderewskiego w ramach Funduszu Patriotycznego – edycja Niepodległość po polsku. Lokal znajduje się w Białymstoku przy ul. Jurowieckiej 30A/2.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najchętniej czytane