Admirał Yi – legenda i bohater koreańskiej floty. Część I

0
319
Statua Yi Sun-sina, wzniesiona w 1968 roku w Seulu i zaprojektowana przez Kim Se-jung. Mathew Schwartz, CC BY 3.0 , via Wikimedia Commons

Zwrócimy dziś spojrzenie na daleki wschód, a konkretnie ku wybrzeżom Korei. Tam odnajdziemy historię niezwykłej osoby, bohatera zarówno wydarzeń historycznych, jak i wręcz mitycznych opowieści. Dziś przeczytacie o prawdziwych dokonaniach Admirała Yi, legendy z krwi i kości. Dokonaniach, które wydają się niemożliwe.

Talent i zdrada

Admirał Yi Sun-sin urodził się w 1545 roku, jako członek klanu Dekosu Yi. Jego ojciec był politykiem, jednak przyszła legenda nie chciała podążać śladami rodzica. Zamiast tego wybrał karierę militarną. Nawet nikogo to nie dziwiło, Yi Sun-sin już wśród swoich rówieśników przodował we wszelkiego rodzaju zabawach wojennych. A to coś mówi, biorąc pod uwagę, że jeden z jego przyjaciół z dzieciństwa został później premierem Korei i głównym dowódcą jej sił zbrojnych.

Gdy Yi Sun-sin osiągnął odpowiedni wiek, zdał egzaminy do szkoły wojskowej, choć musiał do nich podchodzić dwukrotnie. Za pierwszym razem przeszedł przez wszystkie testy, oprócz sprawdzianu jazdy, podczas którego spadł z konia i złamał nogę. Na szczęście przy ponownym podejściu już mu się powiodło.

Jego kariera błyskawicznie się rozwijała. Mianowano go oficerem w bardzo młodym wieku, po tym, jak wykazał się walecznością i zdolnościami przywódczymi w walce z Dżurdżenami, ludem zamieszkującym Mandżurię. Oprócz stoczenia kilku zwycięskich bitew udało mu się nawet pojmać ich lidera.

Niestety, Yi Sun-sin równie szybko stracił swoją renomę. Zazdrośni dowódcy zawiązali spisek przeciwko młodemu oficerowi i oskarżyli go o dezercję, co niestety było częstą praktyką w ówczesnej koreańskiej armii. Yi Sun-sinowi odebrano rangę, po czym go aresztowano. Wyjątkowo, po zakończeniu odsiadki zezwolono mu ponownie dołączyć do armii, tyle że jako zwykłemu szeregowcowi. Mimo dawnego wyroku długo nie zagrzał miejsca na tym stanowisku. Dzięki wytrwałości i zdolnościom mianowano go dowódcą ośrodka treningowego, a w 1591 roku, po kilku kolejnych awansach oddano mu pod komendę lewy dystrykt floty prowincji Jeolla. Po otrzymaniu tak ważnego stanowiska, od razu rozkazał budowę nowych okrętów, by wzmocnić flotę.

Wkrótce miały się okazać bardzo potrzebne.

Inwazja

W roku 1592, japoński daimio Toyotomo Hideyoshi, zaatakował półwysep koreański, by wykorzystać go jako przyczółek do atakowania Chin. Tak rozpoczęła się inwazja, której pierwsza, opisywana w tym artykule część, jest nazywana wojną Imjin. Przewaga wojsk kraju wschodzącego słońca była przytłaczająca, więc nie dziwi, że wielka połać lądu błyskawicznie znalazła się pod okupacją. Jednakże utrzymanie tych terenów, stanowiło już całkiem inny problem i to niełatwy. Po pierwsze, chińska dynastia Ming wysłała swoje siły, by wesprzeć Koreańczyków. Po drugie, w całej Korei powstawały jednostki cywilnych milicji, złożonych z obywateli i buddyjskich mnichów, które w sposób partyzancki uprzykrzały życie najeźdźcom. A po trzecie, stał się admirał Yi.

Początkowo nikt nie pokładał nadziei w nowym dowódcy. Owszem, posiadał charyzmę i talent strategiczny, ale nigdy wcześniej nie dowodził bitwą morską. Jego doświadczenie pochodziło tylko z operacji lądowych. Admirał Yi jednak pokazał, że ktoś taki jak on nie rodzi się codziennie. Pierwsza morska batalia, zaanonsowała jego dowództwo niczym przysłowiowe „wejście smoka”.

Pierwsza bitwa

Yi Sun-sin, wraz z drugą flotą dowodzoną przez równie niedoświadczonego Won Gyuna, pokazał przedsmak siły koreańskiej floty 17 czerwca, w bitwie przy porcie Okp’o. Koreańczycy dowodzili w sumie setką statków, lecz połowa z nich była tylko łodziami rybackimi. Ich celem stała się flota złożona z 50 uzbrojonych transportowców.

Zwycięstwo admirałów było szybkie i zdecydowane, choć istnieją dwie wersje wypadków. Pierwsza z nich, prawdopodobniejsza, mówi, że admirał Yi poczekał, aż zbyt pewne siebie wojska Japończyków zejdą na ląd, aby łupić okoliczne osady, druga bardziej literacka, twierdzi, iż koreański dowódca dopłynął do celu, gdy najeźdźcy już zajmowali się grabieżą i dając się ponieść wściekłości, ruszył do ataku. Niezależnie od wersji, efekt pozostawał taki sam.

Łupiący Japończycy zostawili prawie niechronione okręty. Ich szczątkowa załoga nie mogła stawić czoła bombardowaniu koreańskich kanonierów. Dym z płonących statków i wystrzelonych dział był tak gęsty, że łupieżcy nie mogli nawet dostrzec, ilu wrogów tak naprawdę nadpływa. Widząc jednak, że są atakowani, chwycili za ręczną broń palną, aby spróbować odeprzeć napastników. Kolejne bombardowanie, skierowane tym razem na ich głowy, skutecznie odebrało im wszelkie szanse na zwycięstwo i zmusiło do ucieczki.

Połowę transportowców zatopiono. Natomiast Koreańscy admirałowie wyszli z walki bez strat. Choć przepraszam, nie jest to do końca prawda. Jeden z wioślarzy stracił rękaw swojej koszuli, po tym, jak kula z arkebuza przypadkowo musnęła jego rękę.

Admirał Yi rozważał, czy nie ruszyć w pościg, jednak powziął słuszną decyzję i się wstrzymał. Wiedział, że inwazja dopiero się zaczęła, a Korea posiada znacznie mniej okrętów niż jej wrogowie i nie może sobie pozwolić na pływanie bez rozeznania i przypadkowe wpadnięcie w pułapkę.

Nie wykonuj gwałtownych ruchów. Bądź jak góra. Poruszaj się cicho i ostrożnie

W bitwie przy Okp’o, na światło dzienne wyszedł sposób prowadzenia walki przez admirała Yi, który będzie się powtarzał przy kolejnych zwycięstwach. Yi Sun-sin działał zawsze ostrożnie, ale zdecydowanie. Mimo częstej przewagi wroga, Yi wychodził ze starć zwycięsko i bez szwanku, zmuszając Japończyków do walki na jego warunkach, albo nie walcząc z nimi wcale. Nie obchodziła go chwalebna szarża, ceniona zarówno przez ówczesnych samurajów, jak i koreańskich dowódców. Interesowały go wyniki i niskie straty.

Po bitwie przy Okp’o, przed powrotem do portu admirał Yi poprowadził okręty do walki w jeszcze dwóch małych starciach. W każdym z nich zatopił wszystkie okręty wroga, a jego flota kończyła je bez strat własnych.

Do kolejnej ważnej, choć równie niedużej bitwy, doszło podczas walki o miasto Sacheon. A dlaczego miała tak wielkie znaczenie? Ponieważ podczas niej po raz pierwszy użyto wynalazku admirała Yi – geobukseonu, czyli mówiąc po polsku, „okrętu-żółwia”.

Szkutnik

W zasadzie koncepcja okrętu była znana Koreańczykom już wcześniej. Najstarsze zachowane dane o nim, pochodzą z początków XV wieku i opisują go mianem gwiseon, opisując przy tym jego walkę z japońskim okrętem. Chociaż walka to za dużo powiedziane, starcie polegało raczej na denerwowaniu Japończyków. Wyglądało to tak, że gwiseon, przykryty od góry metalową kopułą, odbijającą pociski wroga, pływał dookoła japońskiego okrętu, szydząc z niego, gdy kolejne strzały odbijały się od stali. Gwiseon jednak nie wszedł do ogólnego użytku, jako że został uznany za mało użyteczny i zbyt kosztowny.

Admirał Yi miał inne zdanie. Wraz ze znakomitymi, koreańskimi szkutnikami, ulepszył projekt gwiseonu, wyposażając go w pięć rodzajów armat. Dzioby okrętów ozdobił smoczymi głowami, w których umieszczano działa strzelające kulami lub ziejące ogniem. Również metalowa kopuła została przerobiona. Chroniła już nie tylko przed muszkietami, bronią zapalającą i strzałami. Teraz mogła odbić kule mniejszych dział okrętowych. Zaprojektowano ją tak, żeby znajdowała się na wysokości armat wroga, uniemożliwiając mu trafianie w drewniane części okrętu. Dodatkowo admirał pokrył kopułę kolcami, żeby uniemożliwić wrogim załogom abordaż.

Tak zbudowany okręt służył do taranowania i tym samym zatapiania kluczowych celów. Po posłaniu go na dno wystrzeliwał w środku formacji wroga ze wszystkich dział, szatkując zarówno statki, jak i morale przeciwnika. Oczywiście, jak można zauważyć, konstrukcja tego okrętu była kosztowna, więc nie powstało ich zbyt wiele, aczkolwiek nie tylko okazały się one warte swoich pieniędzy podczas inwazji, ale jeszcze uznaje się je za jeden z pierwszych na świecie pancerników.

Replika geobukseonu, czyli „okrętu-żółwia”. Znajduje się w muzeum w Seulu. Steve46814, CC BY-SA 3.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0>, via Wikimedia Commons

Podczas bitwy o Sacheon, Japończycy zajmowali o wiele lepsze pozycje, jednak dzięki pozorowanemu odwrotowi, admirał Yi wyciągnął większość floty wroga na pełne morze. Gdy wrogowie odpłynęli wystarczająco daleko, koreański dowódca nakazał nagły zwrot i zalał Japończyków ogniem, wysyłając w tym samym czasie do szarży żółwia. Najeźdźcy walczyli dzielnie, mimo początkowego szoku. Próbowali dokonać abordażu na okręty wroga, lecz przeszkadzał im w tym ogień, oraz kolce pokrywające geobukseon. W końcu ich morale załamały się, gdy taran żółwia wbił się we flotę, a jego załoga zaczęła strzelać we wszystkie strony. W ten sposób admirał zatopił pozostałe okręty, znów bez strat własnych, choć prawie sam przypłacił to życiem, gdy kula z arkebuza trafiła go w ramię. Na szczęście rana okazała się powierzchowna.

Strach najeźdźców

Po tym wydarzeniu Japończycy już wiedzieli, że koreańskiej floty nie można ignorować. To jednak im nie pomogło. Admirał Yi wydawał kolejne bitwy i zatapiał następne okręty, za każdym razem ponosząc niezwykle niskie straty, o ile w ogóle jakichś strat doznawał. Zazwyczaj podczas bitwy jego flota zatapiała od 10 do 30 okrętów wojennych wroga, ale 8 lipca 1592 roku, w bitwie o wyspę Hansando, siły admirała posłały na dno od około 60 do 100 okrętów. Tutaj niestety źródła różnią się od siebie, choć z pewnością trzeba liczyć straty na około 80% japońskich sił, biorących udział w tej walce.

Podczas tej bitwy, mimo przewagi 2:1 po stronie japońskiej floty, Koreańczycy stracili tylko 19 ludzi. Dokonali tego, ponownie wpędzając najeźdźców w pułapkę. Wyciągnęli ich na pełne morze, po czym zaatakowali w formacji w kształcie litery U. W ten sposób pokryli ogniem wszystkie japońskie okręty, pozostając poza skutecznym zasięgiem ich dział i korzystając z lepszego zasięgu własnych armat.

Po porażce u wybrzeży Hansando, linie zaopatrzeniowe Japończyków znalazły się w zagrożeniu. Wkrótce potem zostały całkowicie przełamane przez Admirała Yi w bitwie o Busan. Tam, zjednoczona flota całej Koreańskiej królewskiej dynastii Joseonów, licząca 166 okrętów, zaatakowała dobrze okopane siły daimio Toyotomo Hideyoshiego, składające się z około 470 okrętów i miejskich umocnień

Koreańczycy uderzyli szybko i mocno. Ukształtowali swoją flotę na kształt węża i posłali ją w centrum wrogich sił, aby je jak najszybciej zniszczyć, póki większość statków wroga cumuje w porcie. W efekcie ataku unicestwiono około stu japońskich okrętów, przy stracie sześciu ludzi i uszkodzeniu raptem kilku okrętów Koreańczyków. Po wszystkim Admirał Yi zakazał pościgu wroga na lądzie, mając świadomość, że Koreańscy marynarze w walce na broń białą i palną, nie są w stanie stawić czoła samurajom. Pozwolił też „wymknąć” się reszcie okrętom wroga. Chciał, żeby uciekający najeźdźcy wrócili do domu morzem, a nie włóczyli się lądem, mordując po drodze Koreańczyków.

Można się zastanawiać, jakim sposobem admirał Yi tego dokonał. Oczywiście, wspomniana strategia działała na jego korzyść. Miał on jednak po swojej stronie coś jeszcze. Przygotowanie i organizację.

Wytchnienie

Otóż Yi Sun-sin nie tylko obmyślał strategie i taktyki, ale też świetnie szkolił swoich ludzi. Do tego flota koreańska składała się głównie z trzech części, które po złączeniu przypadały niepodzielnie jednemu dowódcy. W tym wypadku głównodowodzącym został admirał Yi. Natomiast siły Japończyków były znacznie bardziej podzielone. Najeźdźcy mieli w swoich szeregach daimio i mnóstwo generałów, a każdy poza Japonią, walczył też dla własnej chwały i często uważał, że zna się na prowadzeniu walki lepiej od innych. U Koreańczyków oczywiście dowódcy też mieli takie podejście, jednak często odkładali je na bok, gdy otrzymywali rozkazy, służąc jedynie radami, z których Yi chętnie korzystał. Japończycy prowadzący inwazję wręcz przeciwnie, co prowadziło do dezorganizacji. Admirał Yi wiedział jak ich zmuszać do walki na niekorzystnych pozycjach, grając na samurajskim honorze. Znał ich siły i słabości, oni natomiast go nie doceniali, co Yi Sun-sin bezlitośnie wykorzystywał.

Po bitwie o Busan Japończycy stracili kontrolę nad morzem, ale nie oznaczało to zwycięstwa Korei. Inwazja dopiero się zaczęła i potrwa aż do 1598 roku. Zwycięstwo pozwoliło jednak Korei choć trochę odetchnąć. Zmieniło się też coś jeszcze. Po tej porażce Japończycy zwrócili uwagę na młodego admirała i zaczęli szukać sposobu, aby się go pozbyć. Niekoniecznie w uczciwej walce.

O dalszych losach admirała Yi, przeczytacie za tydzień w kolejnej części. Na koniec pozostawiam tłumaczenie poematu napisanego przez bohaterskiego dowódcę, żeby pokazać, iż nie zajmował się tylko walką. Utwór został napisany w tradycyjnej, koreańskiej formie poetyckiej Sijo.

Siedząc samemu na strażnicy pod księżycem tak jasnym

Z długim mieczem u boku gdy przeszył mnie ból agonii

Lecz dźwięk fujarki dochodzący z ciemności drażni mój niepokój

 

Maksymilian Jakubiak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj