Blikle – imperium pączka powstałe wbrew poglądom „januszy biznesu”

0
572
Pączki. Zdjęcie ilustracyjne. Fot.:jarmoluk/pixabay.com

Blikle to firma kojarząca się przede wszystkim z jednym produktem: pączkiem. Zajadają się nim zarówno warszawiacy, jak i przyjezdni. Trzeba jednak przyznać, że przedsiębiorstwo ma też swoich przeciwników. Jednak jedni i drudzy skorzystają na poznaniu fascynujących faktów z historii rodzinnego biznesu.

Tradycje Bliklego sięgają 1869 roku. Wówczas założyciel dynastii przedsiębiorców, Antoni Kazimierz Blikle, nabył cukiernię w sercu Warszawy, w pobliżu ulicy Nowy Świat.

Antoni Kazimierz pochodził z rodziny Szwajcarów mieszkających w Chełmie. Już jako 14-latek rozpoczął praktyki zawodowe, a następnie pracę w cukierni na Nowym Świecie. Z kolei 11 września 1869 roku odkupił zakład od dotychczasowego właściciela i rozpoczął działalność pod własnym nazwiskiem.

Firma rozwijała się dynamicznie. Dzięki temu nestor rodu mógł przekazać ją w spadku synowi – Antoniemu Wiesławowi. To nastąpiło w 1903 roku. Właśnie Antoniemu przedwojenna Warszawa zawdzięcza uczynienie z lokalu przedsiębiorstwa ośrodka życia towarzyskiego. Marka Blikle cieszyła się już wówczas rozpoznawalnością w całej stolicy odrodzonej Polski.

Antoni Władysław Blikle i jego „rządy”

Z kolei w 1928 roku zarząd cukierni objął syn Antoniego Władysława, Jerzy Czesław. Dane mu było prowadzić firmę przez 11 lat, zanim wybuchła II wojna światowa. Jerzy jako ochotnik zaciągnął się do wojska, a po kampanii wrześniowej wrócił, by prowadzić zakład. Ten niestety uległ zniszczeniu podczas powstania warszawskiego. Po późniejszej odbudowie przyszły lata stalinizmu i związane z nimi problemy z inicjatywą prywatną.

Stalinowski aparat ucisku niejednokrotnie dążył do utrudnienia Jerzemu życia. Jego „wina”? Bycie prywatnym właścicielem. Przedsiębiorca kilkakrotnie trafiał do aresztu. Dochodziło też do kontroli w sklepach. Po jednej z nich, trwającej ponad kilkanaście godzin, właściciela firmy wynieśli medycy. Groził mu bowiem zawał.

W tym kontekście nie dziwi, że Jerzy sugerował swemu synowi, Andrzejowi Jackowi, uniezależnienie się od rodzinnego biznesu. W efekcie Andrzej w czasach PRL zajął się karierą naukową. Piął się po jej szczeblach od stopnia doktora aż po tytuł profesorski. Niemniej nie zapomniał o swych korzeniach. W latach 70. rozpoczął kształcenie zawodowe w tym kierunku i uzyskał stopnie czeladnika i mistrza cukierniczego.

Umiejętności te przydały mu się poniekąd, gdy „komuna” w Polsce upadła. Po transformacji ustrojowej Andrzej objął z dnia na dzień stery cukierni. W 1989 roku został przedsiębiorcą i jako taki zajął się organizacją firmy w warunkach wolnej Polski. Dwie dekady okazały się pasmem sukcesów. Firma mające wcześniej jedną cukiernię rozwinęła się do 15 miejsc w Warszawie i 8 w innych miastach. Zawdzięcza to w znacznej mierze samemu Bliklemu.

Bliklego tradycja i rozwój

Rozwój firmy Blikle bardzo przyspieszył, jednak nie wziął się przecież z niczego. Stanowił bowiem owoc ponad 100-letniej tradycji.

Niektóre firmy są bowiem niczym rakieta. Wystrzelone lecą błyskawicznie w górę. Mało kto je rozumie – jednak wszyscy – podziwiają. Niekiedy jednak szał wokół nich kończy się równie szybko, jak się zaczął. Inne przedsiębiorstwa przypominają drzewa dające soczyste owoce. Każdy rozumie, na czym polegają korzyści z niego płynące. Przedsiębiorstwa te są głęboko zakorzenione w lokalnej społeczności, w kulturze, a ich marka jest rozpoznawalna. Rosną mniej gwałtownie, ale za to stabilnie.

Jak wspominał po latach Andrzej Blikle „w 1990 roku to była jedna cukiernia – 42 pracowników. W tej chwili [tj. w 2010 red.] mamy w Warszawie 16 punktów sprzedaży, a ponadto 8 cukierni poza Warszawą działających w sieci franczyzy. […] Zatrudniam około 250 pracowników. Rozwój nie był taki, jak niektórych firm, które zaczynały od garażu, a skończyły na miliardowych obrotach. Ale my mamy 141 lat. Stare firmy rosną powoli, ale też dłużej trwają” (Cytat za opublikowaną przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości [parp.gov.pl] pracą pt. „Siedem dekad polskiej przedsiębiorczości”. Jej autorzy to: Mirosława Płyta, Aleksandra Janiszewska, Łukasz Bertram, Maciej Kowalczyk).

Obecnie jednak już kto inny zarządza przedsiębiorstwem. Andrzej Blikle w 2015 roku powiadomił na Facebooku, że rodzina utraciła wpływy w firmie już w grudniu 2012 roku.  Teraz to już na nowych właścicielach ciąży odpowiedzialność za dalszy rozwój. Sprawa ta wywołuje żywe dyskusje i kontrowersje.

Bliklego doktryna jakości

Sukces Andrzeja Bliklego z czasów jego zarządzania firmą wynika też z dobrego podejścia do zarządzania ludźmi. Autor książki „Turkusowa doktryna jakości” jest przekonany, że najlepsze efekty uzyskujemy, gdy pozwalamy pracownikom na samodzielność. Gdy zamiast tradycyjnych modeli zarządzania opartych na sztywnej hierarchii i konformizmie pozwalamy zespołom samodzielnie wyznaczać cele.

Blikle odrzuca podejście do motywacji określane jako zasadę kija i marchewki. Jego zdaniem niedopuszczalne jest motywowanie pracownika wyłącznie poprzez nagrodę i karę. Zatrudnionych należy natomiast traktować jako partnerów. Kłóci się to z obiegowym przekonaniem, jakoby ludzie byli z natury leniami i oszustami, a kij i marchewka stanowiły jedyne bodźce pozwalające ich zmotywować.

Życzliwość wobec konkurencji

Ideały Bliklego pozytywnie wyróżniają się na tle części współczesnych przedsiębiorców, zwanych potocznie „januszami biznesu”. U tych ostatnich dominuje przekonanie, jakoby jedynie motywy egoistyczne były akceptowalne w świecie biznesu. Pracownika traktuje się niczym robota. Ma zrobić swoje, a że trzeba mu zapłacić? Konieczność, którą najlepiej obejść na tysiąc sposobów, byle do kieszeni zatrudnionego trafiło jak najmniej, a raczej: byle z kieszeni przedsiębiorcy wypłynęło jak najmniej. Podobne podejście stosuje się wobec klienta. Chodzi o jak największy zarobek przy jak najmniejszym własnym wysiłku. Działania na pograniczu oszustwa lub wręcz jawne machlojki uchodzą za dopuszczalne lub wręcz wskazane. Jeśli zaś chodzi o konkurencję, to żadne zasady etyczne – w tej optyce – nie obowiązują.

Andrzej Blikle wie jednak, że zarabianie nie stanowi usprawiedliwienia dla postawy antyludzkiej. Blikle podczas pandemii wspominał o konieczności pomocy innym firmom z branży. „Dziś płoną wszystkie firmy, musimy je ratować. Pomóżmy nawet konkurentom” – mówił Blilke w czasach jednego z najnowszych kryzysów gospodarczych (cytat ze wspomnianej wyżej pracy).

Blikle jako człowiek renesansu

Andrzej Blikle to prawdziwy człowiek renesansu. Każdy zna pączki podchodzące z jego (już byłej) firmy. Niektórzy kojarzą jego idee dotyczące zarządzania. Nie wszyscy jednak wiedzą, że zasiada on również w Radzie Języka Polskiego. Tę problematykę traktuje bardzo poważnie. Dlatego też surowo obchodzi się z przypadkami niszczenia rodzimego języka choćby przez korporacyjną nowomowę.

Jako przykład cytuje zebranie rady nadzorczej niewymienionej z nazwy dużej spółki. Podczas niego padają słowa „sejlsfors nie performuje, bo nie jest sfokusowany na masmarkecie” (sic). W przełożeniu z korpojęzyka na polski: „zespół sprzedaży ma kiepskie wyniki, gdyż nie skupia się na rynku masowym”.

Blikle na swojej stronie „Można inaczej” podaje też przykład eleganckich uczestników spotkania w restauracji, używających wulgaryzmów jako zamienników zwyczajnych słów w języku polskim. Jak zauważa, ludzie ci wstydziliby się śmiecić w lesie, pamiętając o trosce o ekologię. Jednak – z jakichś powodów – nie wstydzą się przeklinać.

Blikle ma swoich przeciwników, a naszym zadaniem nie jest pisanie jego swoistej świeckiej hagiografii. Niemniej wielu młodszych przedsiębiorców mogłoby skorzystać zarówno z jego doświadczenia biznesowego, głębokiej wiedzy jak i szerokich horyzontów. Dowiedzieliby się wówczas, że życzliwość wobec drugiego człowieka nie sprzeciwia się rozkwitowi przedsiębiorstwa – lecz wręcz przeciwnie.

dr Marcin Jendrzejczak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj