Bohaterowie czy terroryści? Kim byli sztyletnicy powstania styczniowego?

0
442
Rosyjskie wojsko niszczy pałac Zamojskich po próbie zabójstwa na Fiodora Berga, via Wikimedia Commons

Powstanie styczniowe znane jest każdemu Polakowi, aczkolwiek niektórzy nie zdają sobie sprawy, że jego historia zaczyna się znacznie przed 22 stycznia 1863 roku. I już wtedy strach padał na wszelkich okupantów i kolaborantów. Nie mogli czuć się bezpiecznie nawet we własnych łóżkach, a to przez polujących na nich sztyletników.

Bractwo

Początki bractwa sztyletników sięgają 1862 roku. Wtedy to student medycyny Paweł Landowski założył w Warszawie kilkuosobową grupę mającą przeprowadzać akcje odwetowe na okupujących Polskę Rosjanach. Bractwo, choć nieliczne, szybko przykuło uwagę Komitetu Centralnego Narodowego – organizacji odpowiedzialnej za koordynację spiskowców w kongresówce, jak nazywano ówczesne Królestwo Polskie pod kontrolą Rosji.

Nie wiadomo niestety, jaka była pierwsza akcja sztyletników, choć wiemy, że podejmowali próby zamachów już w roku swojego założenia. Podjęto nawet próbę zamordowania księcia Konstantego Romanowa i witającego go Aleksandra Wielopolskiego! Początkowo jednak napastnicy odwołali akcję, jako że księciu towarzyszyła ciężarna żona i sztyletnicy nie chcieli zranić kobiety w błogosławionym stanie. Następnego dnia postanowiono spróbować ponownie i postrzelono księcia, gdy ten opuszczał teatr. Romanow jednak przeżył, a niedoszły zabójca został ujęty. W ciągu kolejnego miesiąca podjęto jeszcze dwie próby, obie równie nieudane. Za każdym razem napastnicy zostali uchwyceni i powieszeni wkrótce później.

Ich śmierć jednak natchnęła innych zamachowców, dla których niedoszli zabójcy stali się męczennikami. W kilka miesięcy po próbie pozbycia się Romanowa doszło do kolejnych ataków na Rosjan i kolaborantów. Tym razem wiele z nich się powiodło. Zasiano ziarno strachu, a nad tym wszystkim stał organizator pierwszych zamachów na Konstantego Romanowa, syn carskiego generała, Ignacy Chmieleński.

Ignacy Chmieleński

Terror

Ignacy Chmieleński przybył do Warszawy z Kijowa w 1861 roku i szybko związał się z organizacją czerwonych, rządzącą wtedy Komitetem Centralnym Narodowym. Sam również założył Komitet Miejski i na jego czele zaplanował wybuch powstania na 26 czerwca 1862 roku. Organizacja białych jednak obawiała się wybuchu powstania z czerwonymi na czele i zapobiegła planom Chmieleńskiego.

W międzyczasie szef Komitetu Miejskiego organizował zamach na księcia Romanowa, choć sam osobiście nie brał w nim udziału. Uchodził jednak za znawcę różnych technik ówczesnej walki terrorystycznej, od rewolwerów, przez ładunki wybuchowe po ulubione przez sztyletników, sztylety pokryte strychniną. Uważał przy tym, że powstanie powinno wybuchnąć jak najszybciej, a powstańcy muszą wprowadzić jak najszerszy terroru w szeregach rosyjskich władz i kolaborantów.

Trzeba tu zaznaczyć, że terror XIX wieku był czymś innym niż terror w dzisiejszym rozumieniu. Dziś, gdy myślimy o terrorystach, przychodzą nam do głowy ludzie mordujący  wielu cywilów w zamachach, np. w ramach zemsty za działania władz kraju. Kiedyś jednak tak nazywano zamachowców atakujących pojedyncze, najczęściej wpływowe osoby, związane z konkretną grupą, by wzbudzić w jej szeregach strach. Tak też do terroryzmu podchodził Chmieleński.

Sztylety w dłoń

Powstanie ostatecznie wybuchło 22 stycznia, a jego władze szybko zapowiedziały nie tylko walkę z okupantami, ale też z osobami jakkolwiek szkodliwymi dla idei wolnej Polski. Jak widać, pojęcie to jest dość szerokie i nic dziwnego, że sprawiło, iż celami zamachów stały się nie tylko osoby wrogie Polsce, ale też po niesprzyjające do końca idei powstania. Ba, niedługo po wybuchu uznano nawet, że ludzie obojętni są winni i mogą zostać poddani karze śmierci!

Z drugiej strony rząd powstańczy był zewsząd narażony na zdrady i musiał polegać na jedności narodowej, aby mieć szansę na zwycięstwo. A to polegało nie tylko na wzbudzaniu walecznego patriotyzmu, ale też strachu przed choćby myślą o kolaboracji. I tu właśnie na scenę wchodzili sztyletnicy.

Podzielono ich na dwie grupy. Mniej liczni, tzw. sztyletnicy stali, zajmowali się ochroną władz narodowych, a sztyletnicy tajni, egzekucjami na zlecenie rządu powstańczego. Warto tu jednak zauważyć, że członkowie obu grup potrafili dzielić się zadaniami i pomagać sobie nawzajem. Dodatkowo sztyletnicy byli wydzieloną częścią Straży Narodowej, pod wodzą wspomnianego wcześniej założyciela bractwa, Pawła Landowskiego, który dzięki wpływowi zarządzającego sztyletnikami Chmielińskiego, miał takie samo podejście jak on do stosowania terroryzmu.

Fala zabójstw

Sztyletnicy wykazywali się niezwykłą skutecznością i nieszablonowością, co doprowadzało władze okupacyjne do szału. Polscy konspiratorzy potrafili atakować sztyletami swoje cele w biały dzień i na środku ulicy, często przebierając się za urzędników czy oficerów. Wielokrotnie również wchodzili do mieszkań ofiar i tam likwidowali swoje cele. Znany jest choćby przypadek zabójstwa nieprzychylnego powstaniu dziennikarza rządowego Józefa Aleksandra Miniszewskiego. Do jego domu weszli zamachowcy i tam zadźgali go, a gdy wychodząc, spotkali w bramie policjanta, powiedzieli mu, że dziennikarz zasłabł i ten powinien sprawdzić, czy nic mu się nie stało. Żona Miniszewskiego potem otrzymała rentę od rosyjskiego okupanta, lecz odmówiła jej przyjęcia. Zadbała też o to, by powstańcze gazety o tym napisały. W innym wypadku sama mogłaby stać się celem sztyletników jako kolaborantka… Zwłaszcza że czasem dochodziło do egzekucji bez wiedzy rządu tymczasowego.

Jednakże zabójstwa to nie jedyna dziedzina polskich egzekutorów. Parali się oni również innymi technikami zastraszania, np. wysłali raz jednemu z rosyjskich dowódców worek z porąbanymi kośćmi jego agenta. Brzmi makabrycznie, prawda?

I tak miało brzmieć. Sztyletnicy niewątpliwe osiągnęli cel wzbudzania strachu w okupantach, kolaborantach i nie oszukujmy się, zwykłych mieszkańcach Warszawy, bo to głównie na jej terenie prowadzili swoją działalność. Oczywiście, nie byli oni jedynymi powstańcami, mającymi na celu wzbudzenie terroru. W reszcie Kongresówki działali tak zwani żandarmi wieszający, „szczycący” się nawet krwawszą historię niż sztyletnicy.

Koniec powstania

Organizacja sztyletników podupadła po nieudanym zamachu na namiestnika kongresówki, Fiodora Berga. Po tej porażce, stolicę opuścili Chmieleński i Landowski, organizatorzy próby zabójstwa na mordującym Polaków okupancie. Pierwszy z nich skutecznie uciekł za granicę, ale zaginął w końcu gdzieś w Szwajcarii w niewiadomych okolicznościach, drugi natomiast został pochwycony i zesłany na katorgę. Zezwolono mu jednak z niej wrócić po 10 latach. Wyprowadził się wtedy do Paryża i został ginekologiem.

Natomiast Straż Narodowa została pod wodzą Emanuela Szafarczyka i od tamtego momentu, miała coraz więcej problemów z dyscypliną. Wielu członków zaczęło bardziej przejmować się zapłatą za swoją pracę niż powstańczymi ideami, co prowadziło nawet do gróźb względem przełożonych, związanych z terminowością żołdu. Nie pomagał również fakt, że tuż przed próbą zamachu na Berga, czerwoni wykorzystali wspierających ich sztyletników, by groźbami i kilkoma zabójstwami, przejąć władzę z rąk białych. To zapewne dało egzekutorom jasno do zrozumienia, że wiele od nich zależy w powstańczym rządzie.

Emanuel Szafarczyk

Emmanuel Szafarczyk próbował prowadzić sztyletników, najlepiej jak potrafił i mimo rozprzężenia w szeregach organizacji, pod jego dowództwem wciąż działała skutecznie. Niestety, przez zdradę własnych towarzyszy, Szafarczyk wpadł w końcu w ręce Rosjan. Wpierw dwóch złapanych sztyletników zdradziło o nim wiele informacji, a później jego  przyjaciel dał się przekupić i wydał go rosyjskiej policji. Odwagi jednak nie można mu odmówić. Mimo że wiedział, iż okupanci mają jego dokładny rysopis, odmawiał opuszczenia posterunku i ucieczki za granicę. Nawet gdy powieszono Romualda Traugutta, nie zgodził się na wyjazd z Warszawy.

Tak jak wspomniałem, w końcu go złapano. Szafarczyk próbował jeszcze uciekać z transportu więziennego, ale niestety mu się to nie udało. Nie ułatwiał jednak Rosjanom przesłuchań. Mimo dotkliwych tortur długo nie przyznawał się nawet do własnej tożsamości. W końcu to zrobił i wydał nawet kilku konspiratorów… ale tylko tych, o których wiedział, że współpracują z okupantem! W końcu jednak Rosjanom znudziły się przesłuchania i tak jak wielu Polaków, powieszono go w Cytadeli.

Bohaterowie czy terroryści?

O sztyletnikach można opowiedzieć znacznie więcej, a jakby rozpatrzeć jeszcze udział związanych z nimi żandarmów wieszających w powstaniu, trzeba by napisać naprawdę długi artykuł. Myślę jednak, że można odpowiedzieć sobie już na pytanie; czy sztyletnicy byli terrorystami, czy bohaterami?

Byli obydwoma. Do sztyletników należały osoby z najróżniejszych warstw społecznych. Jedni dokonywali zamachów z powodu czystego patriotyzmu, inni raczej szukali okazji do zarobku. Owszem, dopuszczali się okrutnych działań, zdarzało im się też zabijać niewinne osoby. Znana jest choćby historia zamordowania służącej, która znalazła się w złym miejscu, w złym czasie. Z drugiej strony, wielu z nich wiedziało, że nie mogą ryzykować. Wszak jeden kolaborant, mógł zaprowadzić wielu powstańców na spotkanie z katem.

Dlatego też sztyletników należy traktować jako zło konieczne. Gdyby ich nie było, powstanie szybko by upadło, nie mając organizacji do walki z wrogimi szpiegami, odstraszającej przy tym Rosjan i kolaborantów. Jednak każda tajna organizacja, narażona jest na błędy i nadużycia, a sztyletnicy ich nie uniknęli. Byli więc terrorystami, bo mieli nimi być. Byli też bohaterami, bo narażali życie dla sprawy powstania, stając się jego pierwszą i ostatnią linią obrony.

Maksymilian Jakubiak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj