„Kolaborant”, który nie kolaborował? Władysław Dering – polski lekarz w Auschwitz

0
76
KL Auschwitz w roku 1945.

Przed wojną jego kariera przebiegała w sposób dość typowy dla ówczesnych realiów. Urodzony na Kresach, w młodości harcerz i uczestnik wojny z bolszewikami, potem lekarz. Wielu zna go jednak jako niemieckiego kolaboranta, który krzywdził więźniów KL Auschwitz. Czy to opinia słuszna? Dowody wskazują, że zło przypisywane Władysławowi Deringowi nie wydarzyło się za jego sprawą.

Ginekolog prowadzący przed wojną prywatną praktykę w stolicy, jak wielu wykształconych Polaków owych czasów, miał stopień oficerski. W związku ze zbliżającą się II wojną światową został mianowany chirurgiem w Brześciu nad Bugiem. Tam też najpewniej zastała go wojna. Co było potem? Do końca nie wiadomo. Być może trafił do sowieckiej niewoli, z której udało mu się wydostać.

Jesienią roku 1939 znów był w Warszawie, gdzie zaangażował się w konspirację. Tam też otrzymał zadanie przygotowywania służby sanitarnej na potrzeby polskie w razie wybuchu powstania w stolicy.

Po kilku miesiącach trafił jednak w ręce niemieckich okupantów, którzy wysłali go do powstałego niedawno obozu KL Auschwitz. W obozie otrzymał niski numer 1723 wynikający z faktu, że dotarł tam jednym z pierwszych transportów (a pierwszym z Warszawy). Na początku jednak nikt w obozie nie zwrócił uwagi na jego medyczne wykształcenie i przydzielono mu ciężko zadania fizyczne. Władysław Dering zaangażował się natomiast w polską konspirację w obozie i blisko współpracował z samym Witoldem Pileckim. Znalazł się w gronie najważniejszych przedstawicieli polskiego podziemia w Auschwitz.

Wykonywanie wyniszczających zadań fizycznych osłabiło zdrowie Deringa, który rychło trafił do szpitala. Tam też poznano się na jego kompetencjach, co spowodowało przydzielenie mu innych zadań. Jego życie odmieniło się gdy nakazano mu organizację obozowego szpitala dla więźniów. Sam kierował w nim pracami chirurgów.

Fakt, że otrzymywał teraz lepsze wyżywienie oraz nie musiał uczestniczyć w apelach spowodowywał pojawienie się plotek i pomówień na jego temat. Coraz więcej osób zaczęło uznawać go za kolaboranta, szczególnie, że utrzymywał towarzyskie relacje z Niemcami. Z czasem, jak się zdaje, opinie na temat Deringa zaczęły żyć własnym życiem. W oczach wielu osób stał się potworem, a wszystkie kontrowersje związane z polskimi lekarzami w Auschwitz przypisywano personalnie właśnie jemu: zarówno w trakcie, jak i po wojnie. W ramach takich głosów Derling zabijać miał więźniów zastrzykami fenolu w serce, kastrować Żydów, usuwać im jądra oraz selekcjonować więźniów skazując ich na śmierć w komorach gazowych.

Więźniowie obozu widzieli mniejsze zainteresowanie Deringa konspiracją i uznawali, że to efekt jego pełnej współpracy z nazistami. Zaczął być ponadto niemiły, a wręcz chamski wobec więźniów. Dlatego też z polecenia ZWZ przeprowadzono nawet rozmowę z nim na temat jego postawy. Sam Pilecki widział jednak w zachowaniu Deringa grę wzmacniającą zaufanie Niemców do lekarza. Dzięki temu mógł bowiem ratować ludzkie życie.

A czynił to podczas operacji organizowanych niejako po godzinach: gdy niemieccy lekarze opuszczali teren obozu. Ponadto fałszował dokumentację medyczną ratując, a nie skazując ludzi na śmierć. Wiele wskazuje na to, że Derlingowi udawało się nawet ratować ludzi skierowanych już do komór gazowych.

Nie da się jednak ukryć, że część zabiegów przeprowadzanych przez Deringa (i, o czym należy pamiętać, innych lekarzy) wzbudza zrozumiałe kontrowersje. Zrozumiałe nie znaczy, że słuszne.

Dering oraz inni chirurdzy oraz lekarze innych specjalizacji usuwali bowiem niektórym żydowskim więźniom jądra. Nie było to jednak działanie nastawione na destrukcję. Przeciwnie. Owi więźniowie byli bowiem wcześniej poddawani przez Niemców eksperymentom polegającym na napromieniowywaniu organów płciowych promieniami rentgenowskimi. Cel? Kastracja.

Duże dawki promieniowania powodowały jednak także oparzenia. Niemcy zaś za nic mieli ludzkie życie. Interesowały ich natomiast… optymalne dawki promieniowania, aby jak mniejszym kosztem osiągnąć swój cel. Dlatego też pacjentów poddanych promieniowaniu nadal badano, np. zmuszając ich do uwłaczających czynności seksualnych. Następnie pobierano od nich nasienie celem badania.

Niemcy interesowali się także stanem napromieniowanych jąder (napromieniowywano niekiedy jednostronnie). I tu do gry wchodził zespół Deringa, który z rozkazu Niemców (odmowa w warunkach obozowych nie wchodziła w grę) operował tak dręczonych Żydów. Polacy jednak nie tylko usuwali ofiarom eksperymentów jądra, którymi interesowali się Niemcy. Szli dalej: ratowali życie usuwając przy okazji martwe tkanki, które mogły zabić więźnia albo natychmiast albo w wyniku rozwoju nowotworu.

Polscy lekarze z Deringiem na czele wiedzieli, że to, co robią, budzi kontrowersje. Mieli jednak do wyboru opór i własne problemy połączone z niemal pewną śmiercią więźnia lub wykonanie rozkazu, który mogli wykonać w sposób ratujący także życie więźnia, a często również jego szanse na sprawność seksualną w przyszłości.

Realia obozowe spowodowały jednak powstanie potwornych plotek na temat Deringa (i tylko Deringa). Uważano go za sadystę, który nosi tytoń w woreczku wykonanym w moszny wykastrowanego przezeń więźnia.

Taka opinia o Deringu przetrwała lata. Sam lekarz został zwolniony z Auschwitz na początku roku 1944 i skierowano go (obowiązkowo) do pracy w Chorzowie. Z czasem uciekł z placówki i ukrywał się w Polsce południowej. W roku 1945 wrócił do Warszawy, ale szybko przedostał się stamtąd do II Korpusu Polskiego generała Władysława Andersa na Zachodzie, gdzie pracował jako lekarz. Po likwidacji Armii Andersa pozostał w Wielkiej Brytanii, gdzie był bezpieczniejszy niż w komunistycznej Polsce.

Aparat represji PRL uważał go bowiem za zbrodniarza wojennego. Jedna z lekarek pracujących w KL Auschwitz złożyła bowiem przeciwko niemu zeznania. Oskarżyła go o wykonanie kilkunastu tysięcy pseudomedycznych operacji.

W obliczu takich zarzutów sprawą zainteresowali się także Brytyjczycy. Dering został oskarżony i trafił do aresztu. Śledztwo nie potwierdziło jednak zarzutów, a lekarz wyszedł na wolność.

Z Anglii ruszył do Somalii, gdzie miał wielkie zasługi dla rozwijania tam dostępu do ochrony zdrowia. Jego wysiłek doprowadził do nadania mu przez królową Elżbietę II tytułu szlacheckiego.

Sir Dering nie pozostał jednak wolny od oskarżeń. Tym razem nie sądowych, a medialnych. Został bowiem pomówiony ponownie pod koniec lat 50., a swojego dobrego imienia musiał bronić w sądzie. Wygrał i otrzymał symboliczną rekompensatę. Niewiele to jednak zmieniło. Emocje dotyczące jego nazwiska nadal są obecne, a historycy ciągle analizują wojenne losy Władysława Deringa. Na ten moment nie ma jednak jednoznacznych dowodów wskazujących, by Polak był, jak się go oskarżało, zbrodniarzem wojennym.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj