Najbardziej napruty naród świata? Komuniści i epidemia alkoholizmu w Polsce

0
314
Zdjęcie ilustracyjne. Fot.:LauritaM/pixabay.com

W trakcie niespełna pięciu dekad istnienia komunizmu w Polsce spożycie alkoholu wzrosło co najmniej czterokrotnie. I choć ani Bierut, ani Gomułka, ani Gierek, ani Jaruzelski nikogo nie zmuszał do picia, to historycy nie mają wątpliwości, że społeczna popularyzacja zaglądania do kieliszka była efektem decyzji politycznych. Z tego powodu nasz naród cierpi do dziś.

Obecnie średnie spożycie alkoholu w Polsce przewyższa unijną średnią. Z danych WHO oraz OECD wynika, że statystyczny mieszkaniec naszego kraju spożywa rocznice znacznie ponad 10 litrów czystego spirytusy. Jeśli podzielimy naród na dwie grupy – mężczyzn i kobiety – otrzymamy jeszcze bardziej przerażające wyniki. Panowie piją bowiem ponad 18 litrów w ciągu roku (płeć piękna niespełna 6). Sama konsumpcja to jednak tylko część problemu. Innym wymiarem zjawiska jest nadużywanie. Aż 1 na 3 Polaków upija się co najmniej raz w miesiącu. Po alkohol sięgają także (wbrew prawu) osoby nieletnie. Wszystko to odbija się na stanie zdrowia i długości życia.

Obecna tragiczna sytuacja jest jednym z fatalnych elementów dziedzictwa po ustroju rzekomej szczęśliwości i sprawiedliwości – realnym socjalizmie spod znaku Moskwy, Marksa, Lenina i Stalina. Wszak to właśnie w czasach tak zwanej komuny rejestrowane spożycie alkoholu wzrosło aż 4 razy! A przecież PRL był czasem także nielegalnego pędzenia alkoholu i wszechobecnych melin, gdzie można było nabyć napoje wyskokowe poza systemem. Najpewniej więc ów wzrost był jeszcze większy, choć warto podkreślić, że spożyje alkoholu w okresie przedwojennym z pewnością także bo większe niż to rejestrowane.

Należy bowiem przy tym odnotować, że i w II RP Polacy nie należeli do abstynentów. Wtedy statystyczny obywatel wypijał około 1,5 litra czystego alkoholu (pochodzącego z rejestrowanego źródła, ilość alkoholu z innych źródeł nie jest możliwa do precyzyjnego oszacowania, jednak z pewnością własna produkcja nie była czymś wyjątkowym). Po wojnie ów współczynnik przekraczał 2 litry, ale już w roku 1970 możemy mówić o ponad 5 litrach! Potem było tylko gorzej.

Analiza dostępnych danych pozwala oszacować, że w roku 1980 w Polsce Ludowej wypito 1,5 miliarda (tak, miliarda!) butelek wódki. Oznacza to, że – w przeliczeniu na wszystkich mieszkańców, a więc także dzieci i dorosłych abstynentów – przeciętnie każdy obywatel PRL w trakcie 366 dni (był to rok przestępny) wypił 428 butelek wódki.

Jak to możliwe? Najpewniej normę wyrabiali „zawodowcy”. Wszak kilka razy w ciągu tygodnia upijało się wówczas nawet 5 milionów Polaków. Ponadto wódka przez cały okres PRL była najpopularniejszym alkoholem, choć zasadniczo z biegiem lat traciła swoją przewagę nad piwem. Jeśli jednak ktoś nie jest w stanie uwierzyć w owe 428 butelek rocznie, to niech uwzględni fakt większej wówczas niż dziś popularności wódki oraz dzisiejszej średniej wynoszącej blisko 200 butelek!

Dlaczego jednak eksperci zgodnie oceniają, że winę za wzrost spożycia alkoholu – jakby nie patrzyć, pod względem biochemicznym: trucizny – ponosiły komunistyczne władze Polski Ludowej? Nie chodziło tu, wbrew powszechnemu mniemaniu, o rozpijanie Polaków w celu ich upodlenia, ale kwestie finansowe!

Budżet zacofanego państwa komunistycznego był bowiem w znacznym stopniu oparty o dochody wynikające z Państwowego Monopolu Spirytusowego. Ponadto brak towarów na rynku mógłby doprowadzić do potężnej inflacji – rosłyby bowiem ceny produktów z racji ich małej dostępność. Nie działo się tak jednak z powodu wydawania przez Polaków wielkich kwot na wódkę. Były one wyższe niż wydatki na niektóre rodzaje żywności i ubiór.

Wobec tego nie brakuje głosów sugerujących, że nagła abstynencja Polaków doprowadziłaby do… bankructwa PRL. A przecież władzy byłoby to nie na rękę. Dość powiedzieć, że wpływy do budżetu z tytułu sprzedaży alkoholu wynosiły wówczas od 9 do 15 procent. Można wręcz powiedzieć, że budżet PRL był uzależniony od sprzedaży wódki jak… alkoholik od jej spożywania. I najpewniej to właśnie dlatego jeden sklep sprzedający alkohol przypadał na nieco ponad 630 osób. WHO rekomenduje obecnie, aby jeden tego typu sklep przypadał na 1000-1500 osób. A to i tak dość łagodne wymagania. Dla porównania w Norwegii jeden sklep „obsługuje” obecnie blisko 18 tys. obywateli. Jeszcze więcej, bo blisko 28 tys., to ówczesny (tak, sprzed lat!) wynik Finlandii.

Do pewnej zmiany w alkoholowej polityce państwa doszło po protestach roku 1980. Wtedy też w społeczeństwie spopularyzował się pogląd, zgodnie z którym komuniści celowo rozpijają naród, by łatwiej było rządzić ludźmi nietrzeźwymi. Odrzucanie alkoholu nabrało więc w pewien sposób cech patriotyzmu. Konsumpcja wódki wówczas spadła.

Co ciekawe, zbiegło się to z dekadą rządów abstynenta Wojciecha Jaruzelskiego, który rozpoczął procesy mające na celu powstrzymanie fali alkoholizmu w narodzie. Efektem było wprowadzenie kartek na wódkę, ograniczenie liczby sklepów monopolowych oraz zakaz sprzedaży mocniejszych alkoholi przed godziną 13. Nie rozwiązało to jednak problemu, a niektórzy alkoholicy przerzucili się na inne substancje zawierające etanol, na przykład… denaturat. Bardziej wybredni oraz nie mający aż takich problemów z używką sami zaczęli nielegalnie pędzić bimber. Koniec końców walka z alkoholem okazała się dla władz Polski Ludowej przegrana. W latach 80. średni spożywano bowiem około 9 litrów czystego spirytusu rocznie. I choć to mniej niż obecnie, to owe dane nie zawierają w sobie alkoholu nabywanego poza obiegiem, zaś dziś meliny praktycznie nie istnieją. Mówimy ponadto o nieco innej strukturze i kulturze picia oraz skupianiu uwagi konsumentów na produktach o niższej zawartości alkoholu. Niezależnie jednak od takich niuansów nadal Polska ma wielki problem ze spożywaniem C2H5OH, a na alkoholizm cierpi aż 2 procent naszego społeczeństwa – około 700 tys. osób, a więc tyle, ile oficjalnie mieszka w Łodzi, trzecim najludniejszym mieście w kraju.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj