Nie każdy Niemiec był zły. Wilm Hosenfeld – oficer Wehrmachtu, który uratował Władysława Szpilmana

0
522
Thomas Kretschmann jako kapitan Wilm Hosenfeld w filmie Pianista w reżyserii Romana Polańskiego (2002). Źródło: materiały prasowe / filmweb.pl

Myśląc o Niemcach podczas II wojny światowej najczęściej mamy przed oczami potwornych zbrodniarzy i ideologicznych fanatyków zionących nienawiścią do innych narodów. I jest to pogląd jak najbardziej uzasadniony, co jednak nie oznacza, że każdy Niemiec zachowywał się w taki sam sposób. Historia zna bowiem także przypadki ludzi postępujących godnie.

Popularny pogląd, zgodnie z którym „nie ma sprawiedliwości na tym świecie”, dobrze ilustrują losy dwóch Niemców podczas II wojny światowej i po niej. Kat powstania warszawskiego Heinz Reinefarth dopuszczał się straszliwych zbrodni, ale nie poniósł odpowiedzialności i w spokoju dożył starości robiąc nawet w demokratycznych Niemczech karierę polityczną. Z kolei pomagający Polakom i Żydom Wilm Hosenfeld zmarł w fatalnych warunkach w sowieckiej niewoli.

Oczywiście zestawienie tych dwóch postaci ma jedynie unaocznić nam pewne typy postaw i w żadnym wypadku nie świadczy o dzieleniu się niemieckich żołnierzy na dwie równe grupy: osoby całkowicie zdeprawowane oraz postępujące moralnie. W tej wielkiej masie Niemców przebywających w okupowanej Polsce – czy to jedynie przez kilka tygodni czy wręcz przez kilka lat – najwięcej było oczywiście osób znajdujących się gdzieś pomiędzy dwoma postawami skrajnymi: całkowitym zdegenerowaniem i postępowaniem w pełni wzorowym. Jednocześnie obecna w narodowej pamięci historycznej wizja Niemca jako prześladowcy nie wzięła się znikąd i wynika z częstego dopuszczania się zbrodni przez przedstawicieli okupanta. Zbrodni tak strasznych, że wspomnienia o nich nie rozmywa dobro czynione przez innych przedstawicieli tego narodu.

Wilhelm Hosenfeld natomiast przez pewien czas mógłby być klasyfikowany jako „człowiek środka”. Bo choć nigdy nie był zbrodniarzem, to na jednym z etapów swojego życia wiązał pewne nadzieje z ideologią narodowego socjalizmu. Należał do hitlerowskiej partii NSDAP oraz bojówki SA.

Wraz z umacnianiem się państwa nazistowskiego i kolejnymi niemieckimi zbrodniami Wilm Hosenfeld zaczął jednak coraz wyraźniej dostrzegać, że czyny jego rodaków kłócą się z ważnymi dla niego zasadami religii katolickiej. Oficer rodem z Turyngii był bowiem człowiekiem głęboko wierzącym.

Wilm, w dwudziestoleciu międzywojennym wiejski nauczyciel, służył już w wojsku podczas I wojny światowej. Został wtedy ranny i zrozumiał, że walka nie jest spełnieniem jego marzeń. Wolał poświęcić się edukacji dzieci. Jego pozytywne cechy charakteru dostrzegła Annemarie Krummacher. Para wkrótce się zaręczyła i potajemnie pobrała. Potajemnie, gdyż związek stanowił mezalians. Z panną z dobrego, zamożnego, protestanckiego domu żenił się bowiem wiejski nauczyciel i katolik. Annemarie postanowiła jednak przejść na katolicyzm i młodzi wzięli ślub przed ołtarzem. Mieli piątkę dzieci, które wspominają Wilhelma jako dobrego, troskliwego i radosnego ojca.

I choć na pewien moment Wilm do listy swoich miłości dołączył także narodowy socjalizm, to wraz z uwidacznianiem się prawdziwych zasad tej ideologii zaczął oddalać się od hitleryzmu. Nie chciał bowiem zdradzić nikogo kogo kochał. A kochał swoją żonę i dzieci, ale także, jako człowiek wierzący, na pierwszym miejscu stawiał Pana Boga i Kościół katolicki. A te wszystkie miłości wykluczały miłość do narodowego socjalizmu i Hitlera, którego także przez pewien czas Hosenfeld darzył uczuciem i uznawał za wybitnego wodza.

Wilm Hosenfeld w sierpniu roku 1939.

Gdy Niemcy zaatakowały Polskę w roku 1939 Wilma, żołnierza z czasów I wojny światowej, nie ominął przydział. Odbywał tzw. służbę tyłową. Jego pierwszym zadaniem było dowodzenie obozem dla jeńców polskich w Pabianicach. Przebywało w nim około 10 tys. osób, a z zachowanych relacji wiemy, że kapitan Hosenfeld robił wszystko, co mógł, by pomóc więźniom. Po pierwsze, co już samo w sobie czyniło wielką różnicę wobec typowej postawy niemieckich okupantów, więźniów obozu, którym kierował, traktował z szacunkiem. Ponadto pozwalał na odwiedziny krewnych, a wielu osobom załatwił wcześniejsze zwolnienie. Z niektórymi Polakami, których uwolnił, przyjaźnił się w kolejnych latach.

W następnych miesiącach Hosenfeld był przenoszony na służbę w różne miejsca, aż trafił do Warszawy, gdzie pozostał już do roku 1945. W stolicy zajmował się kompleksem sportowym.

Co ciekawe, mimo żołnierskiego obowiązku nie wykonywał rozkazów sprzecznych z zasadami wiary katolickiej. Pokazał tym samym, że powojenne tłumaczenia i bronienie się innych Niemców frazą „ja tylko wykonywałem rozkazy” nie jest w pełni uzasadnione. Hosenfeld łamał ponadto zakaz uczestniczenia w Mszach świętych w języku polskim i regularnie się spowiadał.

Swoje spostrzeżenia i refleksje z okupowanej Polski przekazywał żonie w listach. Widząc to, co Niemcy zrobili z warszawskim gettem i stłoczonymi tam Żydami pisał wprost, że przez ów mord Niemcy przegrają wojnę. Mówił o hańbie, klątwie, współwinie wszystkich i zasłużeniu na klęskę, a nawet śmierć żołnierzy. Mimo ogromu zła czynionego przez rodaków sam jednak ratował kogo mógł. Czasami przed problemami, czasami przed śmiercią. Wszystko notował w dzienniku, który wysłał do domu w sierpniu roku 1944 w przesyłce z bielizną.

W końcu, jesienią roku 1944, życiowe drogi Hosenfeld zbiegł się z drogami polskiego kompozytora i pianisty żydowskiego pochodzenia – Władysława Szpilmana. Niemiecki oficer przynosił ukrywającemu się muzykowi żywność i ubrania, czym z pewnością uratował mu życie. Historia ta została opowiedziana m.in. w książce i filmie „Pianista”, gdzie natrafiamy na niezwykłą scenę, w której Szpilmana po latach ponownie siada przy fortepianie i gra dla Hosenfelda utwór Fryderyka Szopena. Szpilman nie poznał nazwiska osoby, która go uratowała, natomiast Hosenfeld wiedział, komu pomaga.

Gdy więc w styczniu roku 1945 Hosenfeld trafił do sowieckiej niewoli miał prawo żywić nadzieję, że ci, których uratował, pomogą mu wyjść cało z opresji. Niestety ocaleni nie wiedzieli o losie Hosenfelda, a najbardziej znany z uratowanych przez niego ludzi nie znał nawet jego nazwiska.

Natomiast gdy przebywał jeszcze w Warszawie jako jeniec przechodzący obok obozu skrzypek Zygmunt Lednicki wygarnął Niemcom co o nich myśli i zauważył jaki los zgotowali jemu, muzykowi. Wtedy Hosenfeld zapytał się Lednickiego czy zna Szpilmana. Znał, ale niestety nie dosłyszał nazwiska Niemca, gdyż obu panów rozdzielił wartownik. Szpilman próbował znaleźć ów obóz, ale nie powiodło mu się natrafienie na trop Hosenfelda.

Tymczasem Hosenfeld w niewoli wysłał żonie kartkę z nazwiskiem Szpilmana i innych uratowanych osób, ale mimo ich starań nie udało się udzielić niemieckiemu oficerowi pomocy. Nie uwzględniono stanowiska ocalonych. Wywieziony do ZSRR oficer uznany za pracownika kontrwywiadu (istotnie, chwilowo w nim służył) został skazany na karę śmierci zamienioną mu potem na 25 lat obozu pracy. Wkrótce podupadł na zdrowiu i został sparaliżowany. Z czasem zaczął tracić nadzieje na powrót do żony i dzieci. Zmarł w roku 1952 w głębi Związku Sowieckiego, w obozie pod Stalingradem. Pochowano go na pobliskim, dziś opuszczonym cmentarzu.

Jego postawę i świadectwo wskazujące jednoznacznie, że zawsze można zachowywać się moralnie, spopularyzował film „Pianista” w reżyserii Romana Polańskiego na podstawie wspomnień Władysława Szpilmana. Pośmiertnie Wilm Hosenfeld został odznaczony tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. W roku 2007 prezydent RP prof. Lech Kaczyński oznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Z kolei na fasadzie budynku, w którym ukrywał się Szpilman i gdzie pomagał mu Hosenfeld, znajduje się tablica pamiątkowa. W uroczystości jej odsłonięcia uczestniczyła córka niemieckiego oficera Jorinde Hosenfeld-Krejci oraz Andrzej Szpilman, syn uratowanego muzyka.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj