Rzeź pod Lenino. Co komuniści kazali świętować Polakom?

0
273
Józef Stalin, flaga ZSRR, żołnierze 1. Dywizji pod Lenino, flaga Polski.

Ani pod Lenino, ani sukces. Tak najkrócej można podsumować starcie prezentowane w propagandzie PRL jako jedna z najważniejszych bitew w historii naszego kraju i którego rocznicę celebrowano jako Dzień Wojska Polskiego.

Termin bitwa pod Lenino sam w sobie jest niezbyt ścisły pod względem militarnym i ma pewne cechy polityczno-propagandowej zbitki słownej. Działania zbrojne rozgrywały się bowiem w sąsiednich miejscowościach. Mówiąc więc o bitwie pod Lenino najsilniej należy zaakcentować słowo „pod”. Lokalizacja starcia z 12 i 13 października roku 1943 wydaje się jednak w całej sprawie najmniejszym problemem.

Oto bowiem owa batalia pokazała do czego potrzebni są Stalinowi Polacy przebywający w ZSRR, Polacy, którzy „nie zdążyli na Andersa”, czyli nie zdołali przybyć do miejsca formowania polskich formacji tworzonych z naszych rodaków żyjących z jakiś powodów w Związku Sowieckim (obowiązywały wówczas surowe zasady dotyczące wstępowania Polaków w szeregi Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR). Gdy bowiem na wiosnę roku 1943 Niemcy ujawnili sowiecką zbrodnię katyńską, Moskwa rychło zerwała stosunki dyplomatyczne z rządem polskim w Londynie oskarżając nasze władze o sprzyjanie hitleryzmowi. Taki rozwój wypadków nie był jednak dla Stalina powodem rozpaczy. Oto bowiem nie musiał dłużej uznawać gabinetu generała Władysława Sikorskiego i mógł coraz śmielej tworzyć własne, komunistyczne organizacje polskopodobne mające w przyszłości przejąć władzę nad Wisłą i zadbać o uzależnienie kraju od ZSRR.

W owym czasie najważniejszą stalinowską instytucją tego typu był Związek Patriotów Polskich. Potrzebna była jednak jeszcze armia, którą można by przedstawić jako wyzwolicieli Polski, jako tych, którzy ramię w ramię z Armią Czerwoną pokonali faszyzm. Tak też zaczęła się historia Armii Berlinga. Przygotowania do jej utworzenia rozpoczęto jednak zanim jeszcze świat usłyszał o Katyniu.

Zygmunt Berling wybrany przez Stalina na dowódcę nowej formacji był przedwojennym polskim oficerem aresztowanym jesienią roku 1939 przez NKWD. Uniknął on jednak losu innych polskich wojskowych i nie został zamordowany strzałem w tył głowy. Wszystko z powodu jego gotowości do współpracy z ZSRR. Berling początkowo był nawet w Armii Andersa, do której został skierowany przez NKWD jako szpieg. Po ewakuacji polskich żołnierzy z ZSRR do Iranu pozostał jednak w „czerwonej” Rosji. Stalin miał plan na jego dalszą karierę. I tak oto w roku 1943 Berling został dowódcą 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki.

Formacja, o czym warto pamiętać, nie składała się jednak w całości z zadeklarowanych komunistów i pachołków Moskwy. Wielu żołnierzy potraktowało Armię Berlinga jako sposób na wydostanie się z ZSRR i nigdy nie przejawiało skrajnie lewicowych i antypolskich poglądów. Podobnież i sama kościuszkowska dywizja nie była w początkowym okresie miejscem siania komunistycznej propagandy. Przeciwnie. W celach politycznych podkreślano polskość wojska, wybrano patriotycznego (choć i rewolucyjnego) patrona, a formacja miała nawet swojego kapelana – księdza Wilhelma Kubsza.

Na manifestacyjnym podkreślaniu polskości się jednak skończyło, gdyż główny cel istnienia 1. Dywizji był stricte polityczny. Armia miała manifestacyjnie pokazywać udział Polaków w sowieckich walkach z Niemcami, zaangażowanie Polaków po stronie Stalina. I właśnie w celu zaprezentowania owej wspólnej walki żołnierza polskiego i sowieckiego kościuszkowców rzucono na front gdy tylko zaszła potrzeba, a nie dopiero wówczas, gdy żołnierze byli w pełni gotowi i przeszkoleni.

Taka formacja wzięła udział w operacji orszańskiej Armii Czerwonej. Sowieci próbowali wówczas złamać niemiecką linię obrony w Europie Wschodniej, która w większości opierała się na Dnieprze. Polakom przydzielono zadania w okolicach tzw. Bramy Smoleńskiej (choć sam Smoleńsk Sowieci zajęli już wcześniej), czyli na północnym odcinku. Dowództwo Armii Czerwonej uznało bowiem za konieczne umocnienie się w regionie poprzez zajęcie Orszy. Ostatecznie jednak opór niemiecki w tym miejscu złamano dopiero późną wiosną kolejnego roku.

Kościuszkowcy jesienią roku 1943 trafili pod komendę sowieckiego generała Wasilija Gordowa. I choć plan Armii Czerwonej był teoretycznie nie najgorszy, to jego realizacja okazała się niemożliwa. Sowieckie siły w tym miejscu był bowiem osłabione, niemiecka obrona – bardzo silna, zaś Gordow bojąc się pełnego przygotowania się Niemców do walki na wybranym odcinku przyspieszył godzinę natarcia i skrócił czas planowanej nawały ogniowej. Obawiano się ponadto dezercji Polaków, gdyż przed walką niewielka grupa żołnierzy zbiegła na stronę niemiecką, a wraz z rozpoczęciem starcia Niemcy zachęcali kolejne grupy naszych rodaków do podobnych działań. O masowych dezercjach nie było jednak mowy.

Wraz z rozpoczęciem walki nacierające polskie pułki piechoty realizujące sowieckie rozkazy rozpoznania bojem początkowo nie odniosły sukcesu. Wkrótce jednak Polakom udało się przeprowadzić skuteczne natarcia na wsie Trygubowa i Połzuchy. Sukces był jednak ograniczony, ale i zagrożony, z powodów błędów dowództwa. Czołgi mające wspierać piechotę dotarły na miejsce tylko częściowo, gdyż w sporej części ugrzęzły w błotnistej rzece. Ponadto walczące na skrzydłach Polaków oddziały sowieckie okazały się niezbyt skuteczne. Wkrótce Niemcy przeszli do kontrofensywy.

Wtedy też rozpoczął się gigantyczny chaos. Polskie formacje mieszały się ze sobą, zdarzały się przypadki ostrzeliwania własnych oddziałów, zawodziła łączność, a wkrótce pogoda się poprawiła i na niebie zaczęły dominować samoloty hitlerowskiego Luftwaffe. Sowieckie maszyny natomiast nie przyszły z pomocą. Polacy jednak zdołali opanować kryzys i nadal wiązać znaczne siły niemieckie, choć sytuacja nie pozwalała na sukces kolejnej ofensywy. Zygmunt Berlin wbrew sowieckim planom zdecydował się wstrzymać natarcie. Wkrótce krasnoarmiejskie dowództwo zdecydowało się odesłać polską formację, a Stalin postanowił wycofać kościuszkowców z frontu.

Oceniając militarny aspekt bitwy pod Lenino należy zauważyć, że Polakom udało się osiągnąć stosunkowo dużo. Zważywszy zaś na liczne błędy po stronie sowieckiej, gigantyczne trudności oraz dobre przygotowanie Niemców: Polacy – pomijając wyższą kadrę oficerską – nie mają się czego wstydzić. Braki i niedociągnięcia nadrabiali jednak osobistą odwagą płacąc za to bardzo często najwyższą cenę. Wszystko okupione było bowiem gigantycznymi stratami wynoszącymi blisko 24 procent stanów osobowych 1. Dywizji Piechoty. 510 osób zginęło, blisko 1800 zostało rannych, ponad 100 trafiło do niemieckiej niewoli, a około 650 uznano za zaginionych. Tak potężne straty ciężko uznać za sukces nawet uwzględniając fakt, że front wschodni II wojny światowej cechował się krwawymi bitwami i dużymi stratami. Wobec tego to, co stało się z bitwą pod Lenino po jej zakończeniu, uznać należy za absurdalną farsę i czystą propagandę.

Rychło po zakończeniu działań zbrojnych z końcówki I połowy października roku 1943 Sowieci odznaczyli orderami wąską grupę Polaków. Honorowanie żołnierzy nie jest jednak niczym zaskakującym ani skandalicznym. Problem w tym, że wraz z docenianiem walczących pod Lenino rozpoczęto nagonkę na Polaków walczących w innych miejscach i u boku aliantów zachodnich, a nie ZSRR. Zestawiano – bez winy szeregowych kościuszkowców – żołnierzy Berlinga prezentowanych jako odważni bohaterowie walczący o Polskę z 2. Korpusem Polskim generała Andersa oraz Armią Krajową, które rzekomo miały nie robić nic.

Istnienie polskiej formacji i udział 1. Dywizji Piechoty w walkach u boku ZSRR Stalin rzecz jasna wykorzystywał w swoich celach politycznych pokazując, że po jego stronie także są reprezentanci Polaków. Tym samym uzurpował sobie prawo do decydowaniu o przyszłych losach ziem polskich i w tym dziele osiągnął sukces – choć nie sposób winić za to ludzi, którzy dołączyli do Armii Berlinga by wydostać się z ZSRR.

Bitwa pod Lenino stała się także symbolicznym, propagandowym i zarazem realnym początkiem istnienia na frontach II wojny światowej polskiej formacji ściśle podporządkowanej Moskwie, a nie rządowi w Londynie. Ponadto to z 1. Dywizji rozwinięto w przyszłości kolejne polskie zgrupowania wojskowe uzależnione od ZSRR i polskojęzycznych władz komunistycznych. Tak zrodziła się armia PRL, wobec czego datę bitwy pod Lenino wybrano na nowe, komunistyczne święto Wojska Polskiego. Wszak 15 sierpnia związany z pokonaniem przez Polaków bolszewickiej Rosji nie wchodził w grę.

Wraz z przemianami politycznymi i transformacją ustrojową celebrowanie bitwy pod Lenino odeszło w zapomnienie, a żołnierz polski ponownie może świętować 15 sierpnia – w dniu prawdziwego zwycięstwa. Lenino było bowiem bardzo umiarkowanym i rychło zaprzepaszczonym sukcesem odniesionym w interesie obcego, wrogiego niepodległej Polsce państwa, za które największą cenę zapłacili Polacy, z których większość nie miała najmniejszych związków z komunizmem. Świętowanie czegoś takiego to kiepski pomysł, nawet jeśli chcemy docenić rodaków walczących z niemieckim okupantem w takich okolicznościach, w jakich się znaleźli.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj