Gdy w Pekinie rozpoczynały się Igrzyska oni… ginęli! Historia rosyjskiej inwazji na Gruzję

0
666
1 sierpnia 2008, Tbilisi, Gruzja, manifestacja przeciw rosyjskiej inwazji. Fot.: Giorgi Abdaladze, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons

Świat przygotowywał się do sportowej imprezy, a Rosja do… ataku na Gruzję! Napięcia w regionie nie były jednak wtedy żadną nowością. Przeciwnie – konflikty o przynależność państwową Osetii Południowej i Abchazji rozgrywały się już kilkanaście lat wcześniej. Następnie zapanowała względna stabilność, która runęła w roku 2008.

Kaukaz oraz Zakaukazie – z typową dla regionu olbrzymią, a niekiedy także tajemniczą (jak w przypadku abchaskiej ludności czarnoskórej czy Żydów górskich) mozaiką etniczną i religijną – porównać można jedynie do Bałkanów, choć półwysep przy europejsko-azjatyckim pograniczu jawi się jako obszar jasnych wpływów i klarownych podziałów. Wszak wśród szczytów i wyżyn rozdzielających historyczno-kulturowe kontynenty znajdziemy takie punkty zapalne na globalnej mapie wojen jak chociażby Czeczenia, która oprócz walki o swoją niepodległość przeciwko często brutalnej Rosji „wsławiła” się w ostatnich dekadach również wydawaniem na świat islamskich terrorystów oraz Górski Karabach – zamieszkała przez Ormian część Azerbejdżanu, która stanowi punkt sporny i zarzewie konfliktów z udziałem wielkich tego świata. Jeśli spojrzeć na historię najnowszą to można stwierdzić, że praktycznie nie istniał żaden dłuższy moment, w którym Kaukaz by nie płonął.

Zdarzały się jednak w tym czasie okresy wyjątkowego wzmożenia – otwartych wojen między państwami i narodami Kaukazu, a przede wszystkim konflikty z udziałem kogoś z zewnątrz. Tak stało się m.in. latem roku 2008, gdy przed oczyma światowej opinii publicznej przygotowanej na obserwowanie sportowej rywalizacji podczas Igrzysk olimpijskich w Pekinie pojawił się obraz autentycznej wojny ze wszelkimi jej konsekwencjami: zmianami granic, ogłaszaniem powstania nowych państw i ich międzynarodowym (nie)uznawaniem, falami migracyjnymi, kryzysami politycznymi i gospodarczymi, potężnymi zniszczeniami i przede wszystkim ludzkimi dramatami spowodowanymi poważnymi obrażeniami lub śmiercią.

Wielu analityków ocenia, że wszystko rozpoczęło się jeszcze w kwietniu roku 2008 w rumuńskim Bukareszcie, gdy podczas szczytu NATO kraje należące do sojuszu zaakceptowały przystąpienie do niego w przyszłości Ukrainy i Gruzji (nie nastąpiło jednak wystosowanie zaproszenia do Planu Działań na rzecz Członkostwa z powodu sprzeciwu Niemiec i Francji – już wtedy przez część komentatorów uznawanych za rosyjskiego sprzymierzeńca w ramach Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego). To właśnie perspektywa zbliżenia się Gruzji oraz Ukrainy do struktur euroatlantyckich miała zadziałać na kremlowskie elity niczym płachta na byka. To jednak tylko jedna z teorii, gdyż cytowany kilka lat temu przez „Rzeczpospolitą” Wojciech Górecki z Ośrodka Studiów Wschodnich zwracał uwagę, że rosyjskie przygotowania do agresji przeciwko Gruzji trwały już wcześniej, a szczyt NATO jedynie przekonał Władimira Putina do działania. Warto bowiem pamiętać, że rosyjski prezydent w roku 2005 nazwał upadek ZSRR „największą geopolityczną katastrofą XX wieku”, a to właśnie w ramach tego procesu kilkanaście państw Europy Wschodniej, Zakaukazia i Azji Centralnej uzyskało niezależność od Moskwy.

Tymczasem problem z separatystycznie nastawionymi mniejszościami etnicznymi w ramach jednego z państw tworzących w przeszłości Związek Sowiecki mógł jawić się w Moskwie jako idealny pretekst do militarnej ofensywny, poszerzenia wpływów i zaprezentowania światu swojej siły. Gruzja zaś cały czas nie rozwiązała sporu z dwoma z trzech separatystycznych regionów (Tbilisi przywróciło pełnię swojej władzy jedynie w Adżarii, która jednak nie leży przy granicy z Rosją, a z Turcją). Dodatkowo w tamtym czasie gruzińska gospodarka przeżywała gwałtowny wzrost, zaś nowy prezydent Micheil Saakaszwili prezentował kurs jednoznacznie prozachodni. To nie musiało podobać się na Kremlu.

Natomiast dwa separatystyczne regiony – Osetia Południowa i Abchazja – nie tylko leżały przy granicy z Rosją, ale także od razu po ogłoszeniu gruzińskiej niepodległości zaczęły z nadziejami spoglądać na potężnego sąsiada. Warto bowiem zwrócić uwagę, że w ramach Federacji Rosyjskiej istniała i nadal istnieje autonomiczna Republika Osetii Północnej – Alania. Z kolei dla Gruzji tolerowanie prorosyjskiego separatyzmu w Osetii Południowej, której granice sięgają w głąb kraju – zaledwie 35 km w linii prostej do granic stołecznego Tbilisi – nie wchodziło w grę.

W okresie od upadku ZSRR do wybuchu wojny w roku 2008 Gruzja toczyła konflikty zbrojne zarówno z Osetią Południową jak i Abchazją. W wyniku starć wspierane przez Rosję regiony uzyskały spory zakres niezależności i nie były skore negocjować z Tbilisi kwestii ograniczenia lub przynajmniej uregulowania swojej autonomii. To właśnie dlatego prezydent Saakaszwili zdecydował się przywrócić kontrolę nad zbuntowanymi prowincjami metodami militarnymi.

Zbiegło się to z odbywającymi się w lipcu w Gruzji wielkimi manewrami z udziałem wojsk amerykańskich oraz podobnież olbrzymimi ćwiczeniami armii rosyjskiej. Operowanie wielkich zgrupowań sił zbrojnych w bliskiej odległości podgrzało atmosferę i tak niezwykle gorącą po zrekonstruowaniu przez Rosjan połączenia kolejowego z portu w abchaskiej stolicy Suchumi do Oczamczyry (prace rozpoczęto już w maju!). Tbilisi wprost nazywało owe działania Kremla przygotowaniem do inwazji, szczególnie, że w zbuntowanej prowincji stacjonowały rosyjskie wojska.

Najgorętszy etap konfliktu rozpoczął się 1 sierpnia. Wtedy też ostrzał między wojskami gruzińskimi i osetyńskimi okazał się nie mieć jedynie incydentalnego charakteru, a działania trwały do 7 dnia miesiąca. Jednocześnie władze zbuntowanej prowincji odrzucały propozycje rozejmu. Natomiast w wybuchających wtedy minach-pułapkach rannych zostało wielu gruzińskich policjantów. W końcu 8 sierpnia wojsko gruzińskie zajęło stolicę Osetii Południowej – Cchinwali.

Jednocześnie w nocy z 7 na 8 sierpnia do akcji wkroczyli Rosjanie, a walki objęły również Abchazję. Działania wojsk podległych Kremlowi jednoznacznie wskazywały, że cel stanowi stołeczne Tbilisi. Moskwa parła na południe i odrzucała wszystkie propozycje rozejmu kierowane przez społeczność międzynarodową.

12 sierpnia doszło do przełomowego, zdaniem wielu obserwatorów, wydarzenia. Do Tbilisi – oprócz inicjatora spotkania, prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego – przybyli prezydenci Litwy, Łotwy, Estonii oraz Ukrainy, którzy ramię w ramię z Saakaszwilim przemawiali do dziesiątek tysięcy Gruzinów zgromadzonych w centrum miasta. Wtedy także polski prezydent stwierdził, że przeciwstawienie się imperialnej polityce Kremla to obowiązek społeczności międzynarodowej. Jak dodał, los Gruzji wkrótce podzielić może Ukraina, następnie państwa nadbałtyckie, a potem być może także i Polska.

W ciągu kilkunastu godzin od tego wydarzenia zawarto rozejm – i choć był on przez Rosjan łamany w trakcie kilku pierwszych dni obowiązywania, to jednak w końcu walki ustały. Moskwa zaś… uznała „niepodległość” Abchazji i Osetii Południowej. Wkrótce podobnie uczyniło kilka państw uznawanych za ośrodki silnie powiązane z Kremlem oraz państwa nieuznawane na arenie międzynarodowej z obszaru postsowieckiego (Górski Karabach, Naddniestrze oraz wzajemnie Abchazja i Osetia Południowa).

Dziś ciężko odgadnąć czy celem Rosji było uniemożliwienie Gruzji odzyskania kontroli nad zbuntowanymi prowincjami, zdestabilizowanie sąsiada i zahamowanie jego prozachodniego kursu oraz świetnego rozwoju gospodarczego czy wręcz aneksja całego państwa. Wiadomo natomiast, że wojna ujawniła głęboki kryzys w rosyjskiej armii – przede wszystkim tragiczny stan łączności. W trakcie konfliktu Amerykanie wyłączyli bowiem w regionie sygnał GPS, co spowodowało chaos w rosyjskich szeregach, pogubienie się niektórych jednostek oraz niemożność zastosowania części najnowszego sprzętu. Ponadto gruzińska armia – choć teoretycznie bez szans w starciu – zdołała zadać Rosjanom kilka bolesnych ciosów niszcząc sprzęt wysokiej klasy. Na nieszczęście światowego pokoju oraz państw sąsiadujących z Rosją, w tym Ukrainy, Moskwa wyciągnęła wnioski z problemów widocznych w roku 2008 i zmodernizowała armię – podczas aneksji Krymu nikt się nie zgubił.

Natomiast chcąc łączyć wybuch wojny w Gruzji z początkiem Igrzysk olimpijskich w Pekinie należy pamiętać, że datę ofensywy przeciwko zbuntowanym prowincjom wyznaczył Micheil Saakaszwili. Co jednak istotne, konflikt ujawnił także iluzoryczność rosyjskiej struktury władzy i ignorowanie porządku konstytucyjnego, co jest typowe dla reżimów autorytarnych. „Po zaatakowaniu przez Gruzinów w nocy głównego miasta Osetii Południowej, Cchinwali, nad ranem do kontrataku ruszyła rosyjska armia. Ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew nie chciał uderzać na Gruzję, ale generałowie zwrócili się do przebywającego w Pekinie ówczesnego premiera (a do niedawna prezydenta) Władimira Putina, który wydał taki rozkaz, nie zważając na to, że nie należy on już do jego prerogatyw” – pisał Andrzej Łomanowski na łamach rp.pl w dziesiątą rocznicę konfliktu.

Czy natomiast refleksja na temat wojny w Gruzji może stanowić dziś podstawę do rozważań dotyczących potencjalnej eskalacji napięcia na Ukrainie? Z pewnością skojarzenia z wydarzeniami dziejącymi się równolegle do poprzednich Igrzysk olimpijskich odbywających się w Pekinie są naturalne. Wtedy zresztą wojna rosyjsko-gruzińska nieco przysłoniła bardzo głośny temat stosowanych przez komunistyczne państwo chińskie represji wobec Tybetańczyków. Dziś i w Federacji Rosyjskiej i w Chińskiej Republice Ludowej także jest co zasłaniać i ukrywać, jednak podobnie jak w roku 2008, tak i w 2022 ciężko spodziewać się, by wydarzenie sportowe mogło okazać się istotniejsze w światowej debacie publicznej niż wojna na kontynencie europejskim. Należy przy tym pamiętać, że o ile Rosja ewidentnie przygotowywała się do ataku na Gruzję, to sama data nie musiała wynikać z planów Kremla i była niejako odpowiedzią na sytuację wytworzoną w wyniku decyzji tamtejszego prezydenta. Warto jednak wspomnieć, że aneksja ukraińskiego Krymu – inny przejaw rosyjskiego imperializmu ostatnich lat – także zbiegła się z Igrzyskami: rozpoczęła się po zakończeniu imprezy sportowej w Soczi. To wszystko powoduje, że perspektywa eskalacji rosyjskiej inwazji na Ukrainę staje się bardzo realna. Ale czy rzeczywiście do niej dojdzie? Odpowiedź na to pytanie wykracza poza zainteresowanie nauk historycznych.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj