Gdyby nie błoto, byłoby złoto! Ten mecz nie miał prawa się odbyć

0
823
Waldstadion we Frankfurcie. Widoczny wóz strażacki oraz służby porządkowe usuwające nadmiar wody z płyty boiska (1974; źródło: kanał YouTube TVP Sport, kadr z dokumentu „Biało-czerwone jedenastki”).

Gdyby nie błoto, byłoby złoto. To powiedzenie zna każdy starszy kibic piłkarskiej reprezentacji Polski. Mowa oczywiście o pamiętnym – przegranym przez naszych piłkarzy – półfinałowym meczu mistrzostw świata z 1974 roku. Czy Polacy mogli to spotkanie wygrać?

Drużyna prowadzona przez legendarnego trenera Kazimierza Górskiego trafiła do bardzo trudnej grupy z faworyzowanymi reprezentacji Argentyny i Włoch oraz z dosyć egzotyczną drużyną Haiti. Przed mundialem szanse dawano nam jedynie w starciu z Haitańczykami, choć należy pamiętać, że Orły Górskiego wygrały eliminacyjną grupę z Anglikami, a przed dwoma laty zdobyły olimpijskie złoto.

Droga do półfinału 

Zmagania w grupie Polacy oczywiście zakończyli na pierwszym miejscu wygrywając w pierwszym spotkaniu z Argentyną 3:2, rozbijając Haiti aż 7:0 w drugim oraz zwycięsko wychodząc z potyczki ze Squadra Azzura – 2:1 – rozgrywając wtedy jeden z najlepszych meczów w historii polskiego futbolu. 

Mundial, którego w 1974 roku gospodarzem była Republika Federalna Niemiec, odbywał się na nieco innych zasadach niż te, które znamy obecnie. Po wyjściu z grup najlepsze drużyny po raz kolejny dzielono, jednakże już tylko na dwie grupy. Ich zwycięscy grali w finale, natomiast reprezentacje z drugich miejsc grały o „brąz”.

Wygrywając 1:0 trudny mecz ze Szwecją po bramce niezawodnego Grzegorza Lato (Jan Tomaszewski obronił ponadto „jedenastkę”) oraz 2:1 z Jugosławią Polska w ostatnim meczu II rundy mierzyła się z reprezentacją gospodarzy, która również z kompletem punktów przystępowała do tego starcia. Mecz okrzyknięto zatem nieformalnym półfinałem, bowiem ani Szwecja ani Jugosławia nie były już w stanie wyprzedzić Niemców i Polaków. Jednakże nasza reprezentacja ze względu na gorszy bilans bramkowy musiała ten meczy wygrać, a drużynie RFN wystarczał remis.

Mecz, który nie miał prawa się odbyć 

Nic nie wskazywało na to, że mecz na Waldstadion we Frankfurcie przejdzie do historii jako słynny „mecz na wodzie”. Tymczasem już podczas rozgrzewki rozpoczęła się ogromna nawałnica, która zmusiła zawodników obu ekip do opuszczenia płyty boiska. Spotkanie rozpoczęło się z ponad godzinnym opóźnieniem, a murawa nie nadawał się do gry. Straż pożarna usuwała wodę przy pomocy kilku pomp, a ekipy porządkowe za pomocą specjalnych, ręcznych walców. Zabiegi te jednak na nic się zdały.

Do dziś tak naprawdę nie wiadomo dlaczego spotkania, które nie miało prawa się odbyć, nie przełożono. Grzegorz Lato wspominał, że ma żal do polskich działaczy związkowych, że zgodzili się na rozegranie meczu. Futbolówka często stawała na wodzie, a wymienienie kilku podań stanowiło nie lada wyzwanie. Polska kadra została w ten sposób pozbawiona swoich najmocniejszych atutów: szybkiej, kombinacyjnej gry oraz zabójczych skrzydeł Lato-Gadocha. Polscy piłkarze byli o wiele lepiej wyszkoleni technicznie od Niemców. Duet środka pola Deyna-Kasperczyk, stanowiący o sile ataku pozycyjnego, musiał uciekać się do długich podań, a piłka i tak nie dolatywała do adresatów i grzęzła w wodzie. Po latach Henryk Kasperczak zwrócił uwagę, że Niemcy po wygranym przez ich kapitana losowaniu jako piersi mogli wybrać stronę boiska. A wybrali najkorzystniejszą.

Okazji bramkowych nie brakowało 

Przed linią bramkową niemieckiej połowy była bowiem spora kałuża, na której aż dwukrotnie zatrzymała się futbolówka. Pomimo obronionego rzutu karnego przez Tomaszewskiego i zwycięskiej bramki Gerda Müllera, to Polacy byli w tym spotkaniu lepsi. Oprócz dwóch wymienionych sytuacji należy również wspomnieć o dogodnej szansie Grzegorza Laty z pierwszej połowy, świętych strzałach z dystansu Gadochy i Deyny oraz sytuacji z końcówki meczu rezerwowego Kazimierza Kmiecika. Legendarny komentator Jan Ciszewski aż trzykrotnie krzyczał podczas telewizyjnej transmisji „gol” będąc przekonanym, że piłka w końcu trafiła do siatki. Prawdziwym bohaterem Niemców nie był zatem Gerd Müller, a bramkarz – Sepp Maier.

Po spotkaniu chyba pierwszy raz w historii prasa więcej pisała o przegranych niż zwycięzcach. Pogoda nie ustępowała ani na moment, a w końcowych minutach padało tak intensywnie, że trudno było cokolwiek dostrzec. To m.in ta rywalizacja przyczyniła się do powstania kilkanaście lat później słynnego powiedzenia Garego Linekera, że piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy. Na pocieszenie polskim kibicom pozostało pokonanie broniącej tytułu sprzed 4 lat Brazylii 1:0 w meczu o trzecie miejsce oraz korona króla strzelców dla Laty, którego dorobek wyniósł 7 trafień. Na drugim miejscu ex aequo uplasowali się Szarmach oraz Holender Neeskens (5 goli).

Polska vs Holandia 

Czy Polska mogła zatem zagrać w finale i zdobyć upragnione złoto? Na suchej murawie Niemcy nie mieliby większych szans. Już podczas „meczu na wodzie” nastawieni byli tylko na grę z kontry, natomiast Polacy przy optymalnej pogodzie po trzech, czterech podaniach byli w stanie przedostać się pod bramkę rywali i stworzyć dogodną sytuację. Doskonale wiedzieli o tym rywale i być może dlatego tak usilnie dążyli do rozegrania meczu, który powinien zostać przełożony. Z resztą po latach kapitan i filar obrony niemieckiej kadry – Franz Beckenbauer – przyznał: „przy normalnych warunkach nie mielibyśmy prawdopodobnie żadnych szans”. Niewykluczone, że w półfinale Lato zanotowałby podobny rajd, jak w meczu o 3. miejsce dające upragniony medal, a Gadocha lub Deyna „dorzuciliby” futbolówkę wprost na głowę Szarmacha, prawdziwego eksperta od bramek tego rodzaju. W finale natomiast naszym rywalem byłaby Holandia, którą rok później w eliminacjach do europejskiego czempionatu rozbiliśmy aż 4:1. I choć absolutnie nie można zakładać takiego samego wyniku w finałowym starciu , to i tak szanse na zwycięstwo mieliśmy wtedy ogromne.

Michał Wolny

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj