Lekarze go nienawidzą! Znalazł jeden prosty sposób na zmniejszenie śmiertelności przy porodach

0
205
Ignaz Philipp Semmelweis

Wiek XIX był okresem niesłychanego rozwoju nauki. Mimo tego w połowie stulecia bezpieczniej było kobietom rodzić na brudnej ulicy niż w wiedeńskim szpitalu. Ratunek ciężarnym przyniosła refleksja położnika Ignaza Semmelweisa, który zmniejszył śmiertelność z dramatycznie wysokich 18 procent do niemal zera. Za swoją genialną refleksję spotkał go jednak społeczny ostracyzm ze strony środowiska lekarskiego.

Pochodzący z rodziny węgierskich Niemców Ignaz początkowo planował zostać prawnikiem, jednak ostatecznie wybrał medycynę i w swojej pracy specjalizował się w położnictwie. Był utalentowany, gdyż już jako młody człowiek został asystentem samego profesora Johanna Kleina pracującego w klinice położniczej wiedeńskiego szpitala powszechnego. Jednym z zadań młodego lekarza było statystyczne analizowanie zgonów po porodach.

Badania Semmelweisa dały zatrważające wyniki i potwierdziły wszystkie opinie panujące o dwóch klinikach położniczych w wiedeńskim szpitalu. Okazało się, że kobiety, które wolały urodzić na ulicy zamiast dostać się do kliniki i być leczone za darmo przez wykwalifikowany personel… miały rację. Śmiertelność w jednej z klinik była bowiem znacznie wyższa niż w przypadku porodu w przypadkowym miejscu. Druga z klinik nie notowała tak dramatycznego problemu, choć oczywiście do ideału wiele jej brakowało (co było resztą typowe w owym czasie).

Różnica między pierwszą a drugą kliniką była tak gigantyczna, że zwróciło to uwagę Semmelweisa. Dość powiedzieć, że o śmiertelności w pierwszej klinice młody lekarz pisał, iż czyni go ona nieszczęśliwym. Nie potrafił bowiem zaradzić problemowi.

Średnia śmiertelność w pierwszej klinice wynosiła około 10 procent, choć zdarzały się miesiące, gdy wynosiła ponad 18 procent. W przypadku drugiej kliniki stosującej takie same procedury i standardy mówimy o około 4 procentach. Nadal jest to więc wysoka liczba, ale o ponad połowę mniejsza niż w klinice pierwszej. Jedyną różnicą między placówkami był fakt, że w pierwszej szkolili się młodzi lekarze, a w drugiej: młode położne. I to o przyjęcie do drugiej kliniki błagały kobiety zagrożone (tak, należy rozpatrywać to w kategoriach zagrożenia) przyjęciem do kliniki pierwszej.

W roku 1847 doszło jednak do przełomu. Dobry znajomy Semmelweisa, lekarz Jakob Kolletschka, został przypadkiem skaleczony podczas przeprowadzania sekcji zwłok i zmarł. Zgonowi towarzyszyły objawy niezwykle zbliżone do zgonów kobiet w pierwszej klinice położniczej. Ignaz Semmelweis wywnioskował, że śmierć przyjaciela i zgony w klinice mogą mieć wspólną przyczynę, na przykład przenoszenie przyczyny śmierci na narzędziach chirurgicznych lub dłoniach. Był to przełom i teza niezwykle wówczas odważna, bo nauka nie znała jeszcze patogenów.

Ignaz Semmelweis postanowił jednak działać. Nie miał wszak wiele do stracenia, a do zyskania: uratowanie życia setek kobiet.

W maju roku 1848 Semmelweis nakazał lekarzom i studentom myć ręce w roztworze podchlorynu wapnia po sekcji zwłok, a przed przeprowadzaniem badań i zabiegów. W miesiącu poprzedzającym decyzję, w kwietniu, śmiertelność w pierwszej klinice wynosiła 18,3%, a w miesiąc po podjęciu decyzji, w czerwcu, już tylko 2,2% i nadal spadała. Na początku roku 1849 zanotowano dwa miesiące, gdy pierwszy raz w historii żadna kobieta na oddziale nie zmarła.

Sukcesom Semmelweisa towarzyszyły jednak problemy. W trakcie stosowania podchlorynu wapnia na moment śmiertelność wzrosła, co stało się dla przeciwników jego metody argumentem. Lekarz zauważył jednak wówczas, że problemem może być nie tylko brak mycia rąk po sekcji zwłok, ale także między badaniem dwóch żyjących kobiet. Oznaczało to kolejną przełomową refleksję: można zarazić się od osoby zdrowej. Mycie rąk po każdym badaniu wywołało jednak opór.

Na niechęć personelu nałożyły się prywatne poglądy i ambicje profesora Kleina, który w inny, błędny sposób, tłumaczył wysoką śmiertelność. Dodatkowym problemem było popieranie węgierskich aspiracji podczas wiosny ludów przez Semmelweisa. Tym samym młody lekarz już na wiosnę roku 1849 przestał pracować w Wiedniu i powrócił na Węgry.

W ojczyźnie został przyjęty ciepło, ale międzynarodowe środowisko lekarskie nadal nie akceptowało jego odkryć, które prezentował w publikacjach naukowych. Problemem był fakt, iż Semmelweis nie potrafił wytłumaczyć zaobserwowanego mechanizmu. Nie była to jednak jego wina. Wówczas nauka nie znała wpływu patogenów na występowanie chorób. Natomiast wiele osób poczuło się dotkniętych sugestiami Semmelweisa, że kobiety umierają, gdyż lekarze nie myją rąk. Była to jednak brutalna, ale prawda.

Z czasem spory zaczęły być coraz ostrzejsze. Z jednej strony słychać było głosy, że korzyści płynące ze stosowania metody Semmelweisa są zbyt małe w stosunku do uciążliwości (co dziś brzmi jak absurd: wszak za cenę zaledwie mycia rąk można było ratować ludzkie życie), z drugiej zaś ataki przybierały cechy ataków personalnych. Węgier nie pozostawał dłużny i lekarzy zaczął nazywać mordercami kobiet.

W obliczu takich problemów, braku uznania w środowisku metody, co do której wielkiej skuteczności Semmelweis był przekonany, dyskredytacji jego osoby oraz problemów rodzinnych (śmierć dwójki dzieci), Semmelweis zachorował na chorobę psychiczną. Zmarł w roku 1865 w szpitalu w Wiedniu na zakażenie bakteryjne. Być może wdało się ono do jego organizmu po pobiciu go przez strażników.

Nauka przyznała Semmelweisowi rację bardzo szybko po jego śmierci i w chwili, której mógłby dożyć, gdyby nie nieszczęśliwy przebieg jego życia. W roku 1877 Anglik Joseph Lister zaczął powielać metody Semmelweisa w miejscach, gdzie pracował i zaobserwował podobne, świetne efekty.

Tak zaczęła rodzić się antyseptyka. Nauka, która dziś jest podstawą i standardem w ochronie zdrowia oraz dzięki której miliony osób w XIX, XX i XXI wieku uniknęły śmierci.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj