„Wilkołaki” Hitlera – cała prawda o nazistowskich sabotażystach z Werwolfu

0
592
Niemieccy jeńcy z 12 Dywizji Pancernej SS „Hitlerjugend" (Normandia 1944). To właśnie „Młodzież Hitlera" miała docelowo dostarczać rekrutów do Werwolfu.

Gdy wiosną 1944 roku III Rzesza przygotowywała się do odparcia alianckiego desantu i tym samym niedopuszczenia do utworzenia drugiego, zachodniego frontu, w umysłach weteranów Landschutz (niemieckiej obrony terytorialnej) narodził się pewien szalony plan.

Chodziło o stworzenie silnego ruchu partyzanckiego przeznaczonego do szerzenia dywersji na tyłach wrogach. Potencjalnym obszarem jego działania miały być tereny północno-zachodniej Francji, bowiem to tam spodziewano się alianckiego uderzenia.

Pomysł ten szczególnie spodobał się szefowi sztabu Waffen-SS Gottlobi Bergerowi, który zlecił podwładnym dowódcom i analitykom opracowanie wstępnego planu działania.

Idea niemieckiego ruchu oporu była wciąż w stadium analiz, gdy 6 czerwca 1944 roku w Normandii rozpoczęła się największa operacja desantowa w historii świata. Jednakże pomimo takiego rozwoju wydarzeń nie zaniechano realizacji pomysłu. Przeciwnie – gdy widmo klęski stawało się coraz bardziej realne, ze zdwojoną siłą przystąpiono do wcielania go w życie.

Jeszcze przed Normandią pracę rozpoczął tajny wydział SS, który razem z oficerami z kontrwywiadu Abwehry oraz funkcjonariuszami zajmującymi się dotychczas pacyfikacją tajnych, zbrojnych organizacji na terenie całej Rzeszy, miał skupić się na szkoleniu przyszłych rekrutów. Co ciekawe, „delegaci” wydziału zostali wysłani na teren walczącej Warszawy celem zbadania struktur organizacyjnych Armii Krajowej.

Ostatecznie w listopadzie 1944 roku zadanie wcielenia planu w życie Heinrich Himmler powierzył Hansowi Adolfowi Prützmannowi – SS-Obergruppenführerowi, zbrodniarzowi wojennemu odpowiedzialnemu za masowy terror na terenach ZSRR po agresji Niemiec na ów kraj z czerwca 1941 roku.

Werwolf – wilkołak – właśnie taką nazwę nadano ruchowi. Odwołań należy szukać w powieści Hermanna Lönsa z 1910 roku, który posłużył się takim tytułem i która przybliża działalność chłopskiego ruchu partyzanckiego w czasie wojny trzydziestoletniej. Ponownie wykorzystać miał to określenie w stosunku do formujących się oddziałów sabotażowych sam Martin Bormann – jeden z najważniejszych polityków III Rzeszy.

W końcu 1944 roku oddziały „wilkołaków” osiągnęły liczebność około 5 tysięcy osób. Byli wśród nich najbardziej fanatyczni żołnierze Waffen-SS, funkcjonariusze Gestapo, adepci Hitlerjugend. Docelowo to właśnie ci ostatni mieli w przyszłości tworzyć Werwolf. Artur Axmann, który od roku 1940 kierował organizacją, wydał liczne rozkazy, na mocy których rozpoczęto szkolenia mające przygotować fanatyczną młodzież do roli przyszłych partyzantów. Powstał w tym celu nawet specjalny ośrodek nieopodal Bonn.

Obszarem działań został objęty cały kraj – nawet tereny utracone na rzecz aliantów. Miały one charakter wojskowy, jak i cywilny. Najgłośniejsza akcja odbyła się w marcu 1945 roku w Akwizgranie, kiedy to zamordowano lokalnego burmistrz Franza Oppenhoffa. Przyczyną niewątpliwie było objęcie przez niego urzędu z nadania Amerykanów i jego antynazistowskie poglądy.

Pomimo dużej nadziei, jaką pokładano w Werwolfie, organizacja nie odegrała żadnej znaczącej roli. Na pewno przyczynił się do tego fakt aresztowania, a później samobójstwo przywódcy ruchu – Prützmanna. Być może gdyby organizacja powstała wcześniej, wówczas lepiej zaplanowano by jej funkcjonowanie, a także sprawniej stworzono struktury.

Kapitulacja III Rzeszy zbiegła się z poddaniem lub rozwiązaniem się oddziałów „wilkołaków” – jednakże nie wszędzie. I tak np. na Śląsku niemalże przez cały 1946 rok dochodziło do regularnych potyczek nazistów z polskimi oddziałami. Działo się tak przy poparciu niemieckiej ludności, co nie powinno dziwić, bowiem głównym celem partyzantów było natychmiastowe zaprzestanie przymusowego wysiedlania Niemców z Górnego Śląska. Na początku 1947 roku komunistyczne władze zdołały uporać się ze zbrojnymi bandami, jednakże aż do 1948 roku odnotowywano akty sabotażu na tych terenach. Nie inaczej było na Dolnym Śląsku. Na celowniku Werwolfu znalazły się tam polskie jednostki administracyjne, które systematycznie niszczono, najczęściej podpalając. Nie oszczędzono nawet wrocławskiej biblioteki uniwersyteckiej.

Jeżeli chodzi o działalności na ziemiach odzyskanych, to na uwagę zasługuje opinia, jaką wyraził Maciej Bartków – popularyzator historii II wojny światowej na Górnym Śląsku który twierdzi, że władze PRL z premedytacją szerzyły informacje o licznych i silnych zbrojnych oddziałach Werwolfu. Chciały w ten sposób wytłumaczyć brutalność własnych działań, a także dostarczyć argumentów o rzekomej współpracy polskich struktur niepodległościowych z niemiecką partyzantką, by następnie zintensyfikować ich pacyfikację
oraz usprawiedliwić się w oczach narodu.

Michał Wolny

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj