Żołnierze Wyklęci czy Niezłomni? Kajetan Rajski dla ToHistoria.pl: jestem zwolennikiem starszej nazwy

0
391
5. Wileńska Brygada Armii Krajowej w marszu

Znam doskonale motywacje osób preferujących termin „Niezłomni”. To po prostu ładniej brzmi. Tylko, niestety, z perspektywy młodych ludzi jest to ugrzecznione, wzięte wprost ze szkolnej, sztampowej akademii. Wyklęci są intrygujący – mówi w rozmowie z Michałem Wałachem Kajetan Rajski, redaktor naczelny kwartalnika „Wyklęci”.

Panie Redaktorze, w polskiej debacie trwa pewien spór o nazewnictwo. Jak wobec tego, Pana zdaniem, należy mówić – Wyklęci czy Niezłomni?

Jestem zwolennikiem starszej nazwy, a zatem konsekwentnie używam określenia „Żołnierze Wyklęci”. Wynika to z kilku przyczyn. Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że oficjalna nazwa ustanowionego w 2011 r. ustawą święta państwowego, które obchodzimy 1 marca w rocznicę egzekucji dokonanej na członkach IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” – największej liczebnie organizacji okresu powojennego – to Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Jestem przeciwko wprowadzaniu zamieszania z używaniem różnych terminów. Dla Pana czy dla mnie, gdy ktoś mówi o Wyklętych/Niezłomnych, oczywistym jest, że mówi o tej samej grupie osób. Z perspektywy społecznej jednak, gdy poziom przeciętnej wiedzy historycznej nie należy do najlepszych, warto trzymać się jednego określenia. Poza tym – i to już drugi argument – warto pamiętać, że nie wszyscy żołnierze i działacze powojennego podziemia niepodległościowego byli faktycznie Niezłomni. Mamy przypadki załamań w śledztwie i obszernego „sypania”. I oczywiście nikt, znając metody śledcze stosowane przez aparat bezpieczeństwa, nie może mieć tego tym ludziom za złe, niemniej jednak nie była to już postawa „niezłomna”. Były też przypadki werbunków dokonywanych wśród żołnierzy podziemia. A zatem określenie „wyklęci” jest pojęciem szerszym. I na ostatek najważniejszy, jak się zdaje, argument. Znam doskonale motywacje osób preferujących termin „Niezłomni”. To po prostu ładniej brzmi. Tylko, niestety, z perspektywy młodych ludzi jest to ugrzecznione, wzięte wprost ze szkolnej, sztampowej akademii. Wyklęci są intrygujący, ich losy są tragiczne, miotają się w beznadziejnej walce o niepodległość, chronią to co dla nich najcenniejsze, zmagają się z przeciwnościami i w trudnych warunkach zachowują depozyt wolności i niezawisłości. Wydaje mi się, że termin „Niezłomni” nie niesie po prostu ze sobą takiego ładunku emocjonalnego. Faktem pozostaje jednak, że z perspektywy ściśle naukowej powinniśmy mówić o powojennym podziemiu niepodległościowym.

Dzisiaj – po latach obecności tematu w debacie publicznej – pytanie o to kim byli Żołnierze Wyklęci wydaje się bezsensowne. Zapytam wobec tego o inną podstawową, ale jednak gorzej znaną w narodzie sprawę: czy były w Polsce miejsca szczególnej intensyfikacji walk antykomunistycznego podziemia niepodległościowego oraz tereny, gdzie Wyklętych w ogóle nie było?

Struktury podziemia niepodległościowego objęły niemal cały kraj – zarówno ten w granicach przedwojennych, jak i powojennych. Faktem jest jednak, że nasilenie walk partyzanckich było różne na danym terenie. Przede wszystkim na pierwszy plan wybija się tutaj Lubelszczyzna i Białostocczyzna, a także Podhale, Kurpiowszczyzna i Nowogródczyzna. Najmniej liczne struktury podziemia funkcjonowały na ziemiach przyłączonych do Polski w wyniku II wojny światowej, a więc na Ziemiach Zachodnich i Północnych.

Z czego wynikały te różnice – szczególnie na terenach należących do Polski przed rokiem 1939?

Istotną rolę odgrywały kompleksy leśne. Znacznie łatwiej było funkcjonować oddziałom partyzanckim w lubelskich czy białostockich lasach niż w Wielkopolsce, gdzie – jak to określił żartobliwie jeden z historyków zajmujących się podziemiem na tamtym terenie – największy las można przerzucić czapką. Choć i tam znajdowało się kilka oddziałów podporządkowanych strukturom WSGO „Warta”. Fundamentem jednak było oparcie konspiracji w ludności cywilnej. Tam, gdzie struktury społeczne były zwarte, gdzie żołnierze wywodzili się z miejscowych, byli dobrze znani, tam partyzantka była silna. Na północnym Mazowszu, wśród drobnoszlacheckiej ludności, ujmą było, jeśli synowie nie należeli do struktur konspiracyjnych. Dziewczyny niespecjalnie chciały się z takimi chłopakami umawiać, patrzono na nich nieprzychylnie. Skutkiem tego do Narodowego Zjednoczenia Wojskowego należały niekiedy całe wsie. Nic dziwnego, że aktywny opór przeciwko komunistycznej władzy trwał tam aż do początku lat pięćdziesiątych. Oczywiście diametralnie inna sytuacja miała miejsce na tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie nie było sprzyjającej podziemiu ludności autochtonicznej, ludzie się nie znali i nie ufali sobie. Choć i tam rozwijały się struktury konspiracji, złożone przede wszystkim z ewakuowanych akowców z terenów Kresów Wschodnich.

W obliczu tego, co dzieje się obecnie na Ukrainie nie sposób zapytać o to, czy w innych krajach Bloku Wschodniego istniało podobne zjawisko? Sporo mówi się o Estonii. A inne państwa?

W wielu numerach Kwartalnika „Wyklęci”, którym kieruję, przywołujemy losy żołnierzy podziemia antykomunistycznego w innych krajach. Opisywano już losy Węgrów skupionych w chłopskiej organizacji wymierzonej w kolektywizację wsi, przede wszystkim jednak skupiamy się na losach podziemia litewskiego i łotewskiego – „Leśnych Braci”. Nieznana jest historia rumuńskich „Żołnierzy Wyklętych”, którzy stawiali aktywny opór w Karpatach jeszcze końcem lat pięćdziesiątych. W 2010 r. Rumuni nakręcili o nich ciekawy film fabularny pt. „Portretul luptătorului la tinerețe”.

W ostatnim pytaniu pozwolę sobie na pewną intelektualną prowokację: czy zdaniem Pana Redaktora możemy mówić o „wyklęciu” pewnej grupy żołnierzy w III RP? Mam na myśli Polaków, którzy – nie ze swojej winy – znaleźli się podczas II wojny światowej w ZSRR i skorzystali z okazji powrotu nad Wisłę poprzez dołączenie do tzw. berlingowców. Oczywiście o ile ocena zadeklarowanych komunistów jest w oczywisty sposób negatywna, o tyle część z żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego nie reprezentowała takiej ideologii, a np. dołączyła do formacji, aby uciec z głębi „czerwonej” Rosji lub płonącego wtedy Wołynia, zaś dziś – z powodów ich silnego eksponowania w PRL-u – temat praktycznie zbywa się milczeniem.

Tak zwanym „zwyczajnym żołnierzom” z Pierwszej czy Drugiej Armii „ludowego” wojska należy się modlitwa, pamięć i współczucie. W żaden sposób nie możemy jednak obiektywnie uznać ich za część niepodległościowej tradycji polskiego oręża. Choć z pewnością wielu z nich pragnęło walczyć o wolną Polskę i być może niektórzy sądzili subiektywnie, że tak czynią, w istocie jednak nolens volens stanowili pionki w grze Stalina prowadzącej do ujarzmienia Polski. Ta świadomość zresztą towarzyszyła tym żołnierzom, o czym świadczą liczne ucieczki z jednostek „ludowego” wojska do oddziałów podziemia niepodległościowego. Epizody w komunistycznym wojsku mieli przykładowo Józef Franczak „Laluś” czy Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój”. Innymi słowy nie jesteśmy w stanie, by nie popaść w historyczną schizofrenię, uznawać żołnierzy „ludowego” wojska za część tradycji niepodległościowej i stawiać w tym samym szeregu Żołnierzy Wyklętych, przy których likwidacjach uczestniczyli wszak żołnierze regularnego wojska. Nie można uznawać za „polskie” wojska, w którym ważną rolę odgrywał płk Zygmunt Berling mianowany do stopnia generała przez Józefa Stalina. Nie można wreszcie uznawać za „polskie” wojska, które legalny rząd RP na uchodźstwie uznał za część Armii Czerwonej. Mając oczywiście świadomość tragicznych indywidualnych losów poszczególnych żołnierzy, którzy zostali – w wielu przypadkach bez świadomości – włączeni w zbrodnicze tryby komunizmu.

Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiał Michał Wałach.

 

Wszystkie numery kwartalnika „Wyklęci” można znaleźć i nabyć TUTAJ (kliknij, aby przejść do strony Wydawnictwa Miles). Polecamy!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj