Poniżanie, torturowanie, homoseksualne gwałty, morderstwa. Diedowszczyna, czyli fala w rosyjskiej armii

0
980
Rosyjskie wojsko podczas inwazji na Ukrainę w roku 2022. Zdjęcie ilustracyjne. Fot.:Mil.ru, CC BY 4.0 , via Wikimedia Commons

Chociaż władze Federacji Rosyjskiej zapewniają, że obecnie problem diedowszczyny nie istnieje lub jest co najwyżej marginalny, to fakty przeczą takiej narracji. Często docierają do nas bowiem informacje o tragicznych zgonach lub trwałym kalectwie ofiar oraz morderstwach dokonywanych w samoobronie. Oznacza to, że fala znana z czasów ZSRR nie stała się w Rosji zjawiskiem historycznym i nadal stanowi zagrożenie dla młodych poborowych.

Diedowszczyna to termin, który najlepiej przetłumaczyć jako „rosyjska fala”. W Polsce jednak gnębienie młodych żołnierzy – choć zawsze haniebne i karygodne – nigdy, nawet w czasach PRL, nie przybrało tak dramatycznej formy i skali jak w ZSRR oraz w Rosji. Ponadto w naszym kraju zjawisko zniknęło wraz z odejściem od obowiązkowej służby wojskowej i postawieniem na armię zawodową.

W Rosji natomiast nadal zjawisko istnieje i nie jest marginalne – choć władze przekonują, że diedowszczyna dotyczy „tylko” 1/5 jednostek. Nawet jednak gdyby wierzyć rządowym statystykom (niech każdy samodzielnie oceni wiarygodność władz Federacji Rosyjskiej), to prześladowanie żołnierzy w 20 procentach jednostek budzi trwogę i bezapelacyjnie zasługuje na określenie jego skali mianem gigantycznej.

Tylko w roku 2007, jak podawały polskie media, zginęło blisko 500 żołnierzy Federacji Rosyjskiej, choć kraj nie prowadził wówczas żadnych regularnych wojen. Oficjalne dane rosyjskie wskazują, że połowa zgonów nastąpiła w wyniku samobójstwa.

Okazuje się więc, że w XXI wieku, kilka dekad po uchwaleniu wielu konwencji dotyczących humanitarnego traktowania jeńców wojennych, jedna z największych armii świata nie potrafi zadbać o bezpieczeństwo własnych żołnierzy. Diedowszczyna, spadek po czasach sowieckich, trwa w Rosji w najlepsze – choć należałoby raczej stwierdzić, że trwa w najgorsze.

A mówimy przecież o czymś, co w porównaniu do fali znanej z Polski ma charakter jeszcze częstszej i jeszcze brutalniejszej przemocy wobec młodych żołnierzy. Przemocy poniekąd zinstytucjonalizowanej i zrytualizowanej.

Brutalne prześladowanie nowych rekrutów przez żołnierzy służących nieco dłużej przybiera różne, ale zwykle bardzo okrutne formy. Mówimy tu więc o biciu i regularnym poniżaniu. Wielokrotnie po upadku ZSRR w nowej, teoretycznie niekomunistycznej Rosji w wyniku tortur młodzi żołnierze umierali – bywało, że starsi „koledzy” katowali rekrutów na śmierć. Często dzieje się tak w sytuacji stawiania oporu wobec prześladowań lub kiepskiego wykonywania poleceń (tortura zwana „telewizorem” polega na przymusowym staniu na zgiętych nogach z wyprostowanymi rękami, a każda zmiana pozycji staje się dla katów powodem zadawania ofierze cierpienia). Znany są także przypadki młodych żołnierzy, którzy cudem uniknęli śmierci, ale do końca życia pozostaną inwalidami pozbawionymi nóg i genitaliów. Taki los spotkał chociażby Andrieja Syczowa.

Z kolei Dmitrij Boczkarew zmarł po wielodniowych torturach zadawanych mu przez Aliego Rasulowa, który postanowił sprawdzić na młodym żołnierzu swoje… talenty chirurgiczne. Opis przeprowadzanych bez znieczulenia „operacji” nie nadaje się do cytowania. Sadysta został w końcu skazany, ale nie na szczególnie srogą karę. Otrzymał zaledwie 10 lat więzienia.

Pozostając jednak w temacie „chirurgii” warto odnotować, że zdarzają się przypadki, w których ciało zmarłego w tajemniczych okolicznościach rekruta zostaje przekazane rodzinie bez… organów wewnętrznych. Jakich? Najczęściej mowa o organach poszukiwanych na przestępczym czarnym rynku nielegalnych transplantacji.

Nie brakuje w Rosji także sytuacji, gdy rekrut stawiający opór zostanie powieszony. Sytuacja jest więc dla niego często beznadziejna: albo zgoda na cierpienie albo pewna śmierć. Bo o zwróceniu się o pomoc do oficerów wielokrotnie nie ma absolutnie mowy. Część z nich także uczestniczy w prześladowaniu młodych żołnierzy.

Tak mogło być w sprawie Ramila Szamsutdinowa. W roku 2019 szeregowy zastrzelił sześciu żołnierzy i dwóch oficerów. Z czasem okazało się, że dopuścił się tego czynu, gdyż – jak zeznawał – starsi żołnierze i przełożeni planowali go tego dnia zgwałcić. W trakcie śledztwa oskarżony i ostatecznie skazany za zabójstwo informował, że taki tragiczny los stał się udziałem innych młodych żołnierzy, więc on postanowił zareagować. Wcześniej był szykanowany, bity i wykorzystywany ekonomicznie przez jednego ze swoich przełożonych. Nikogo natomiast nie zaskoczy fakt, że rosyjskie Ministerstwo Obrony nie doszukało się w tej sprawie przypadków prześladowań młodych żołnierzy. Wiele osób uważa jednak, że Szamsutdinowa nie wykazuje cech mordercy – m.in. wyraził skruchę, przyznał się do winy oraz ubolewał z powodu śmierci dwóch przypadkowych osób.

Żołnierz skazany za zabójstwo być może nie dopuściłby się tego czynu gdyby miał możliwość ucieczki. Niestety brakło mu szczęścia, które sprzyjało jednemu z dezerterów (takie działanie karane jest więzieniem). W 2003 roku z jednostki wojskowej na Kamczatce uciekł poborowy. Z czasem wszyscy nabrali przekonania, że nie żyje. Ponadto rodzina zidentyfikowała przedstawione jej ciało jako właśnie owego mężczyznę. Po latach jednak okazało się, że dezerter żyje i przez te wszystkie lata ukrywał się w tajdze. Wolał życie samotnika koczującego w leśnym szałasie i utrzymującego się ze sprzedaży owoców i złomu oraz prac dorywczych w gospodarstwach rolnych niż służbę w Siłach Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

Oczywiście mówiąc o diedowszczynie, czyli brutalnej fali w rosyjskim wojsku, nie możemy wskazać konkretnych liczb. Władze deklarują, że problemu praktycznie nie ma. Ciężko im jednak wierzyć w obliczu wielu tragicznych wydarzeń z XXI wieku – nawet sprzed zaledwie kilku lat. Ponadto od czasów Związku Sowieckiego i wojny w Afganistanie istnieje w kraju nad Wołgą Komitet Matek Żołnierzy Rosji skupiający się na zwalczaniu problemu prześladowania młodych rekrutów. Organizacja nadal funkcjonuje i jest aktywna w obliczu wojny na Ukrainie – choć działalność utrudnia jej rosyjski aparat terroru.

Wobec istnienia w Rosji tak dramatycznego zjawiska jak diedowszczyna nie dziwi fakt, że ogłoszona przez Władimira Putina decyzja o mobilizacji wzbudziła niepokój w tamtejszym społeczeństwie, a w internecie pojawiają się doniesienia o niekiedy zaskakujących sposobach uniknięcia powołania do wojska.

Michał Wałach

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj